Sąsiadka opiekuje się mną, gdy moje własne dzieci o mnie zapomniały – prawdziwa historia samotności i niespodziewanej przyjaźni

– Mamo, nie przesadzaj, przecież masz jeszcze znajomych! – usłyszałam w słuchawce głos mojej córki, Magdy. Był czwartek, godzina 19:00. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc na pusty talerz po kolacji. Zza okna dobiegał szum samochodów z ulicy Słowackiego, a ja czułam się tak, jakby cały świat zapomniał o moim istnieniu.

– Magda, ja tylko chciałam zapytać, czy może wpadniesz w weekend… – zaczęłam nieśmiało.

– Nie dam rady, mamo. Kuba ma trening, a ja muszę zrobić zakupy. Zadzwonię za tydzień, dobrze? – jej głos był już niecierpliwy.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam sygnał zakończenia rozmowy. Odłożyłam telefon i przez chwilę siedziałam w ciszy. W tej ciszy było wszystko: rozczarowanie, żal i poczucie winy. Czy naprawdę byłam aż taką ciężarem?

Mój syn, Tomek, mieszkał w Warszawie. Odkąd dostał awans w banku, dzwonił coraz rzadziej. Ostatni raz widzieliśmy się na święta Bożego Narodzenia – pół roku temu. Wtedy jeszcze łudziłam się, że to tylko przejściowe. Że dzieci wrócą, jak tylko minie im ten szał dorosłości.

Ale nie wróciły. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na osiedlu z wielkiej płyty. Każdego ranka budziłam się i przez chwilę łudziłam się, że usłyszę tupot dziecięcych stóp albo śmiech wnuków. Zamiast tego słyszałam tylko własny oddech i szum lodówki.

Pewnego dnia, gdy próbowałam znieść ciężką torbę z zakupami po schodach (winda znów nie działała), usłyszałam za sobą głos:

– Pani Zosiu, proszę dać! Pomogę!

To była Ania – moja sąsiadka z piętra niżej. Miała może trzydzieści lat, zawsze uśmiechnięta, z wiecznie rozczochraną grzywką. Zanim zdążyłam zaprotestować, chwyciła torbę i zaniosła ją pod moje drzwi.

– Dziękuję ci, Aniu. Sama bym sobie poradziła… – mruknęłam zawstydzona.

– Ale po co się męczyć? – uśmiechnęła się szeroko. – Moja mama też zawsze udaje twardzielkę.

Od tego dnia Ania coraz częściej zaglądała do mnie „przypadkiem”. Przynosiła świeże bułki z piekarni albo kawałek ciasta. Czasem siadała ze mną przy herbacie i opowiadała o swojej pracy w przedszkolu.

– Dzieciaki są cudowne, ale czasem mam ochotę uciec na koniec świata – śmiała się.

Zaczęłam czekać na te spotkania jak na powiew świeżego powietrza. Ania nie pytała o moje dzieci. Nie oceniałam mnie. Po prostu była.

Któregoś wieczoru zadzwonił telefon. To był Tomek.

– Cześć, mamo! Wszystko u ciebie dobrze? – zapytał szybko.

– Tak… Wszystko w porządku – skłamałam.

Chciałam powiedzieć mu o Ani, o tym jak bardzo boli mnie ich nieobecność. Ale nie potrafiłam. Bałam się, że uzna mnie za słabą.

Po rozmowie długo płakałam. Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi.

– Pani Zosiu? Wszystko w porządku? – Ania stała na korytarzu z miską gorącej zupy.

Nie wiem dlaczego, ale wtedy wszystko ze mnie spłynęło. Opowiedziałam jej o dzieciach, o tym jak bardzo boli mnie ich obojętność.

– Wie pani… Moja mama też często czuje się samotna – powiedziała cicho Ania. – Ale ja nie zawsze mam dla niej czas…

Spojrzałyśmy na siebie i nagle poczułam coś dziwnego: ulgę i wstyd jednocześnie.

Od tej pory Ania stała się dla mnie kimś więcej niż sąsiadką. Pomagała mi w zakupach, zabierała na spacery po parku Jordana, a nawet namówiła mnie na wspólne wyjście do kina.

Któregoś dnia Magda zadzwoniła niespodziewanie:

– Mamo… Wiem, że ostatnio rzadko się odzywam… Ale może przyjedziesz do nas na weekend?

Poczułam ukłucie nadziei i jednocześnie strach przed kolejnym rozczarowaniem.

– Dobrze… Spróbuję – odpowiedziałam cicho.

Kiedy opowiedziałam Ani o zaproszeniu córki, uśmiechnęła się smutno:

– Wie pani… Czasem trzeba pozwolić dzieciom dorosnąć po swojemu. Ale to nie znaczy, że pani jest mniej ważna.

Pojechałam do Magdy. Było miło, ale czułam się tam jak gość. Wnuki bawiły się w swoim pokoju, Magda krzątała się po kuchni z telefonem przy uchu. Rozmowy były krótkie i powierzchowne.

Kiedy wróciłam do domu, Ania czekała na mnie z herbatą i kawałkiem sernika.

– Jak było? – zapytała delikatnie.

– Dobrze… Ale chyba już nie pasuję do ich świata – odpowiedziałam ze łzami w oczach.

Ania objęła mnie ramieniem i powiedziała coś, co zapamiętam do końca życia:

– Czasem rodzina to nie tylko ci, których łączy krew…

Dziś wiem jedno: życie potrafi zaskoczyć nawet wtedy, gdy wydaje się już puste i przewidywalne. Samotność boli najbardziej wtedy, gdy dotyka nas ze strony najbliższych. Ale czasem wystarczy jeden dobry człowiek za ścianą, by znów poczuć się potrzebnym i kochanym.

Czy naprawdę zasłużyłam na to wszystko? Czy dzieci kiedyś zrozumieją mój ból? A może to ja powinnam nauczyć się odpuszczać i doceniać tych, którzy są obok – nawet jeśli nie są rodziną?