Życie na własnych zasadach: Historia Marii, która odważyła się być sobą

– Pani Maria, proszę usiąść. – Głos lekarza był suchy i rzeczowy, jakby codziennie wydawał wyroki. – Wyniki są jednoznaczne. To nowotwór złośliwy. Zostało pani kilka miesięcy.

Zamarłam. W głowie miałam tylko jedno: „Mam dopiero 52 lata”. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu. – Czy… czy naprawdę nic nie da się zrobić? – zapytałam, łapiąc się kurczowo krawędzi biurka.

– Możemy próbować chemioterapii, ale statystyki są nieubłagane. Proszę się przygotować na najgorsze.

Wyszłam z gabinetu jak automat. Ludzie na korytarzu byli rozmazaną plamą. W uszach dzwoniło mi jedno słowo: „Koniec”.

Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu szłam przed siebie, aż dotarłam do parku przy szpitalu. Usiadłam na ławce i patrzyłam w dal, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.

– Przepraszam, czy mogę się przysiąść? – zapytał starszy pan z siwą brodą i pogodnym spojrzeniem.

– Proszę… – odpowiedziałam cicho.

– Wie pani, życie jest dziwne – zaczął po chwili milczenia. – Ja mam 87 lat i codziennie dziękuję za to, że jeszcze mogę patrzeć na drzewa. Ale żałuję jednego: że za długo żyłem dla innych, a nie dla siebie.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Skąd on wiedział? Czy na mojej twarzy było wypisane wszystko?

– A pani? – zapytał cicho. – Co by pani zrobiła, gdyby wiedziała, że zostało jej niewiele czasu?

Nie odpowiedziałam. Ale to pytanie zostało ze mną na długo.

Wróciłam do domu późnym wieczorem. Mój mąż, Andrzej, siedział przed telewizorem z piwem w ręku.

– Gdzieś ty byłaś tak długo? Znowu u tej swojej matki? – burknął nawet nie odrywając wzroku od ekranu.

– Byłam u lekarza – powiedziałam spokojnie.

– I co? Znowu coś ci dolega? – prychnął.

Nie odpowiedziałam. Po prostu poszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym, jak bardzo moje życie mnie rozczarowało.

Rano zadzwoniła córka, Justyna.

– Mamo, możesz dziś odebrać Olka z przedszkola? Muszę zostać dłużej w pracy.

– Nie mogę – odpowiedziałam krótko.

– Jak to nie możesz? Przecież zawsze możesz! – oburzyła się.

– Dziś nie mogę. Mam swoje sprawy.

Rozłączyła się bez słowa pożegnania.

Patrzyłam w lustro i widziałam kobietę zmęczoną życiem. Kobietę, która przez lata była dla wszystkich: dla męża, dla dzieci, dla wnuków, dla matki. Nigdy dla siebie.

W pracy byłam księgową w dużej firmie transportowej. Szefowa, pani Grażyna, była wymagająca i zimna jak lód.

– Maria, musisz zostać dziś dłużej. Zbliża się koniec miesiąca – rzuciła bezceremonialnie.

– Nie zostanę – odpowiedziałam spokojnie.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Co się z tobą dzieje ostatnio? – zapytała podejrzliwie.

– Nic. Po prostu dziś wychodzę o czasie.

Wyszłam z pracy i poczułam coś dziwnego – ulgę. Po raz pierwszy od lat zrobiłam coś dla siebie.

Wieczorem usiadłam przy stole i zaczęłam pisać listy do wszystkich bliskich. Do Andrzeja napisałam: „Odchodzę. Chcę przeżyć resztę życia po swojemu”. Do Justyny: „Kocham cię, ale muszę wreszcie pomyśleć o sobie”. Do syna Pawła: „Nie martw się o mnie. Będę szczęśliwa”.

Spakowałam walizkę i wyszłam z domu bez żalu. Wynajęłam pokój w pensjonacie nad jeziorem w Mazurach. Tam przez kilka dni po prostu oddychałam. Chodziłam na długie spacery po lesie, patrzyłam na wodę i słuchałam śpiewu ptaków.

Pewnego wieczoru poznałam Ewę – kobietę po przejściach, która prowadziła małą kawiarnię przy jeziorze.

– Widzę po oczach, że uciekasz przed czymś – powiedziała bez ogródek.

Opowiedziałam jej wszystko przy herbacie z malinami.

– Wiesz co? Zazdroszczę ci odwagi – powiedziała Ewa. – Ja tkwię w tym swoim grajdole od lat i nie mam siły nic zmienić.

– Ale przecież możesz…

– Nie umiem być sama – westchnęła smutno.

Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Pomagałam jej w kawiarni, a ona pokazywała mi Mazury od kuchni: nocne ogniska nad jeziorem, grzybobrania o świcie, koncerty szantowe w tawernie.

Po dwóch tygodniach zadzwonił Andrzej:

– Maria, co ty wyprawiasz?! Wróć do domu! Co ja mam ludziom powiedzieć?

– Powiedz im prawdę – odpowiedziałam spokojnie. – Że twoja żona postanowiła żyć dla siebie.

Rozłączył się wściekły.

Justyna przysłała mi SMS-a: „Nie wierzę, że zostawiłaś nas wszystkich przez jakąś fanaberię”.

Odpisałam: „To nie fanaberia. To życie”.

Z czasem zaczęli dzwonić rzadziej. Zrozumiałam wtedy, że przez lata byłam im potrzebna tylko wtedy, gdy mogli coś ode mnie dostać: opiekę nad dziećmi, pieniądze na remont mieszkania, wsparcie psychiczne po kolejnej kłótni z mężem czy żoną.

Pewnego dnia Ewa zaprosiła mnie na wieczór poetycki do swojej kawiarni.

– Przeczytaj coś swojego – poprosiła cicho.

Zadrżały mi ręce. Nigdy nie pisałam dla innych. Ale przeczytałam wiersz o kobiecie, która całe życie była niewidzialna dla świata i nagle postanowiła stać się widzialna choćby na chwilę.

Po występie podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku z ciepłym uśmiechem.

– Nazywam się Tomasz – przedstawił się. – Twój wiersz był jak lustro mojego życia.

Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Tomasz był wdowcem i też uciekł na Mazury przed własną rodziną, która traktowała go jak bankomat i darmową taksówkę.

Spotykaliśmy się coraz częściej: na spacerach po lesie, przy kawie w kawiarni Ewy, podczas wspólnego łowienia ryb o świcie.

Któregoś dnia Tomasz zapytał:

– Maria… a gdybyś miała jeszcze raz zacząć wszystko od nowa?

Uśmiechnęłam się przez łzy:

– Właśnie zaczynam…

Minęły trzy miesiące. Czułam się coraz lepiej fizycznie i psychicznie. Zaczęłam nawet podejrzewać, że lekarz mógł się pomylić albo stał się cud…

Pojechałam do Warszawy zrobić powtórne badania. Lekarka spojrzała na wyniki i pokręciła głową:

– Pani Mario… tu nie ma żadnego nowotworu! Kto pani powiedział takie rzeczy?!

Zalały mnie łzy ulgi i śmiechu jednocześnie. Wróciłam na Mazury inną kobietą: wolną, pewną siebie i szczęśliwą.

Dziś wiem jedno: czasem trzeba dostać obuchem w głowę od losu, żeby zacząć żyć naprawdę. Czy musimy czekać na wyrok śmierci albo cudowny zbieg okoliczności, żeby pozwolić sobie być szczęśliwymi? A może wystarczy po prostu odważyć się być sobą?