„Jeśli mnie kochasz, rzuć tę pracę!” – Wyznanie żony rozdartej między rodziną a własną niezależnością
– Katarzyna, ile jeszcze będziesz wracać po dwudziestej? – głos Piotra odbił się echem w ciasnej kuchni naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Stał oparty o blat, z założonymi rękami, a jego oczy były twarde jak granit. – Dzieci cię nie widzą, ja cię nie widzę. Czy to naprawdę jest dla ciebie ważniejsze niż my?
Zamarłam z kluczami w dłoni. W głowie miałam jeszcze szum biurowych rozmów, zapach kawy i świeżo wydrukowanych dokumentów. Praca w agencji reklamowej była moim spełnieniem – miejscem, gdzie czułam się sobą. Ale teraz, patrząc na Piotra i nasze dwie córki skulone przy stole z niedojedzoną kolacją, poczułam się jak intruz we własnym domu.
– Piotrze, przecież wiesz, że robię to dla nas…
– Dla nas? – przerwał mi ostro. – Bo ja mam wrażenie, że robisz to tylko dla siebie. Kiedy ostatni raz byłaś na wywiadówce u Zosi? Kiedy poszłaś z Hanią na basen? Ja nie dam rady wszystkiego ogarniać!
Zosia i Hania patrzyły na mnie wielkimi oczami. Zosia miała już dziesięć lat i coraz częściej zamykała się w swoim pokoju, a Hania, młodsza o trzy lata, zaczęła ostatnio moczyć łóżko. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale nie miałam czasu się nad tym zatrzymać.
– Przepraszam… – wyszeptałam.
Piotr westchnął ciężko. – Musisz wybrać, Kasia. Albo rodzina, albo ta twoja kariera.
Wybuchłam płaczem dopiero w łazience, gdy drzwi były zamknięte. Oparłam się o zimne kafelki i pozwoliłam łzom płynąć. Czy naprawdę muszę wybierać? Czy nie mogę być dobrą matką i spełnioną kobietą jednocześnie?
Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Szefowa, pani Grażyna, spojrzała na mnie znad okularów:
– Katarzyno, wszystko w porządku?
– Tak… To znaczy… Nie wiem – przyznałam szczerze.
Grażyna była kobietą po pięćdziesiątce, która sama wychowała dwóch synów po rozwodzie. Zawsze powtarzała: „Nie daj sobie wmówić, że musisz wybierać”. Ale czy ona wiedziała, jak to jest mieć męża, który czuje się opuszczony?
Wieczorem Piotr czekał na mnie z walizką przy drzwiach.
– Jeśli dziś nie powiesz mi, że rzucasz tę pracę… – zaczął.
– Nie możesz mnie zmuszać! – krzyknęłam. – To jest część mnie! Przecież kochasz mnie taką, jaka jestem!
– Kocham cię… Ale już cię nie poznaję. Nie chcę być samotnym ojcem z żoną-duchem.
Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o rozwodzie. Słowo to było jak zimny nóż wbity w serce. Przecież przysięgaliśmy sobie miłość na dobre i złe…
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Piotr zabierał dziewczynki do szkoły i na zajęcia dodatkowe, ja wracałam coraz później, bojąc się konfrontacji. W pracy udawałam twardą, ale w środku byłam wrakiem.
Pewnego wieczoru Zosia przyszła do mnie do sypialni.
– Mamo… Ty nas jeszcze kochasz?
Zatkało mnie. Przytuliłam ją mocno.
– Kocham was najbardziej na świecie…
– To czemu ciągle cię nie ma?
Nie umiałam odpowiedzieć.
W weekend odwiedziła mnie mama. Siedziałyśmy przy herbacie w kuchni.
– Kasiu… Ja też kiedyś chciałam być kimś więcej niż tylko żoną i matką – powiedziała cicho. – Ale wtedy nie było wyboru. Ty masz wybór. Tylko pamiętaj: dzieci dorastają szybciej niż myślisz.
Poczułam się rozdarta na pół. Chciałam być wzorem dla córek – pokazać im, że kobieta może mieć ambicje. Ale czy kosztem ich szczęścia?
W poniedziałek poprosiłam Grażynę o urlop na żądanie.
– Muszę coś przemyśleć – powiedziałam jej szczerze.
W domu Piotr patrzył na mnie podejrzliwie.
– Co się stało?
– Potrzebuję czasu… dla nas.
Przez tydzień byłam z dziewczynkami: gotowałyśmy razem obiad, chodziłyśmy do parku, rozmawiałyśmy o szkole i marzeniach. Zobaczyłam, ile mnie omijało. Ale też poczułam pustkę – brakowało mi wyzwań zawodowych, rozmów o czymś więcej niż sprawdziany i bajki.
Wieczorem usiedliśmy z Piotrem przy stole.
– Nie chcę wybierać – powiedziałam drżącym głosem. – Chcę być matką i pracować. Może mniej godzin… Może zdalnie… Ale nie mogę całkowicie zrezygnować z siebie.
Piotr milczał długo.
– Boję się, że cię stracę – wyszeptał w końcu. – Że kiedyś odejdziesz do tego swojego świata i zostawię cię tylko wspomnieniami.
– Ja też się boję… Ale jeśli będziemy się zmuszać do ról, których nie chcemy, to już dawno się zgubiliśmy.
Zaczęliśmy rozmawiać – pierwszy raz od miesięcy naprawdę słuchać siebie nawzajem. Ustaliliśmy nowe zasady: ja ograniczam nadgodziny i biorę jeden dzień pracy zdalnej w tygodniu; Piotr bierze więcej obowiązków domowych na siebie wtedy, gdy mam ważne projekty.
Nie było łatwo. Były kłótnie o drobiazgi: kto odbierze Hanię z baletu, kto zrobi zakupy, kto posprząta łazienkę. Były łzy i ciche dni. Ale też powoli wracała bliskość – wspólne wieczory przy filmie, śmiech dziewczynek podczas rodzinnych gier planszowych.
Czasem nadal czuję się winna – gdy muszę zostać dłużej w pracy albo gdy marzę o awansie zamiast o domowym cieście drożdżowym. Ale wiem już jedno: nie można być szczęśliwym kosztem samego siebie.
Czy można mieć wszystko? Czy da się pogodzić miłość do rodziny z miłością do siebie? A może każda kobieta musi wybrać swoją własną drogę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?