Mama zadzwoniła: „Przyjeżdżają ciotki i wujkowie!” – Tym razem postanowiłam zrobić coś inaczej
– Zosia, tylko nie zapomnij o serniku! I niech będzie czysto w salonie, ciocia Halina zawsze patrzy na kurz! – głos mamy w słuchawce był napięty, jakby od tego zależał los świata.
Wpatrywałam się w okno kuchni, za którym rozciągały się pola, a na nich leniwie snuła się mgła. Zawsze czułam się tu obco – nawet powietrze wydawało mi się zbyt gęste, zbyt pachnące ziemią. W Warszawie, gdzie studiowałam, wszystko było inne: szybkie, głośne, anonimowe. Tutaj każdy wiedział o mnie wszystko, a ja miałam wrażenie, że nie pasuję do żadnej z tych opowieści.
– Mamo, może tym razem po prostu zamówimy pizzę? – rzuciłam z przekąsem, choć wiedziałam, że to wywoła burzę.
– Pizzę?! Zosia, nie wygłupiaj się. Rodzina przyjeżdża raz na pół roku! Musisz się postarać. – Mama westchnęła ciężko. – Wiesz, jak ciocia Halina potrafi być…
– Krytyczna? – dokończyłam za nią.
– Po prostu wymagająca. – Mama próbowała złagodzić ton.
Odstawiłam telefon i przez chwilę stałam bez ruchu. W głowie kłębiły mi się wspomnienia wszystkich poprzednich wizyt: ciotka Halina komentująca mój wygląd („Zosiu, ty znowu schudłaś? To niezdrowe!”), wujek Marian pytający o chłopaka („W twoim wieku to już czas myśleć o rodzinie!”), kuzynka Ania chwaląca się nowym samochodem i narzeczonym. Zawsze czułam się jak aktorka w kiepskim spektaklu, grająca rolę „tej dziwnej z miasta”.
Ale tym razem coś we mnie pękło. Może to przez ostatni rok na studiach, kiedy zaczęłam terapię i nauczyłam się mówić „nie”. Może przez samotność w wielkim mieście, która nauczyła mnie doceniać nawet te trudne więzi. Postanowiłam: nie będę już udawać. Nie będę milczeć ani się uśmiechać na siłę.
W dzień wizyty dom był jak ulał – mama biegała z odkurzaczem, tata polerował sztućce, a ja piekłam sernik według przepisu babci. Gdy samochody zaczęły podjeżdżać pod dom, poczułam znajome napięcie w żołądku. Ale zamiast uciekać do swojego pokoju, wyszłam na ganek.
– O, Zosia! Jak ty wyglądasz! – ciotka Halina już od progu zaczęła swoje inspekcje. – Taka blada… Ty tam w tej Warszawie chyba tylko kawę pijesz!
– Kawę i dużo myślę – odpowiedziałam spokojnie, patrząc jej prosto w oczy.
Wujek Marian poklepał mnie po ramieniu:
– No i co tam u ciebie? Masz już kogoś?
– Mam siebie i to mi na razie wystarcza – uśmiechnęłam się lekko.
Kuzynka Ania spojrzała na mnie z góry:
– Ja właśnie kupiłam nowe auto. Może kiedyś cię podwiozę do tej twojej Warszawy?
– Dzięki, ale wolę pociągi. Tam mogę czytać książki i nikt mnie nie ocenia – odpowiedziałam bez złośliwości.
Przez chwilę zapadła cisza. Mama spojrzała na mnie z niepokojem, jakby bała się, że zaraz wybuchnie awantura. Ale nic takiego się nie stało. Po prostu usiedliśmy do stołu.
Rozmowy toczyły się wokół spraw codziennych: kto ile zarabia, kto co buduje, kto z kim się pokłócił. Słuchałam tego wszystkiego z dystansem, ale też z pewnym rozczuleniem – bo przecież to moja rodzina. W pewnym momencie ciotka Halina zwróciła się do mnie:
– Zosiu, a ty czemu taka cicha jesteś? Zawsze byłaś taka wygadana.
Westchnęłam i spojrzałam jej prosto w oczy:
– Bo czasem lepiej słuchać niż mówić. A poza tym… wiecie co? Chciałabym wam coś powiedzieć.
Wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni.
– Przez lata czułam się tu obco. Jakbym musiała spełniać wasze oczekiwania: być grzeczna, mieć chłopaka, wracać na wieś po studiach. Ale ja już nie chcę udawać. Jestem inna i to jest okej. Kocham was, ale chcę żyć po swojemu.
Zapadła cisza tak głęboka, że słychać było tylko tykanie zegara w kuchni. Mama miała łzy w oczach. Ciotka Halina spuściła wzrok.
– Zosiu… – zaczęła mama cicho – …my tylko chcieliśmy dla ciebie dobrze.
– Wiem, mamo. Ale dobrze dla mnie to nie zawsze to samo co dobrze dla was.
Wujek Marian chrząknął:
– No… ważne, żebyś była szczęśliwa.
Kuzynka Ania wzruszyła ramionami:
– Ja tam bym nie mogła mieszkać w mieście… Ale jak ci pasuje…
Nagle poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężki plecak oczekiwań. Przez resztę wieczoru rozmowy były spokojniejsze. Nikt już nie pytał o chłopaka ani o powrót na wieś. Mama przytuliła mnie na dobranoc mocniej niż zwykle.
Leżąc później w łóżku, patrzyłam przez okno na gwiazdy nad polami i myślałam: czy naprawdę tak trudno zaakceptować inność w rodzinie? Czy zawsze musimy grać role napisane przez innych?
Może czasem wystarczy po prostu być sobą… Co wy o tym myślicie?