Nie czekaj na cud – weź życie w swoje ręce

Drzwi trzasnęły z hukiem, a echo tego dźwięku odbiło się w mojej klatce piersiowej jak uderzenie serca. Stałam w przedpokoju naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie, z kluczami w dłoni, patrząc na Leszka, który właśnie wyszedł. Zostawił mnie z ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa. To był trzeci raz w tym tygodniu, kiedy wrócił późno, tłumacząc się pracą. Ale ja już wiedziałam. Czułam to w kościach – coś się zmieniło.

– Bogna, nie rób sceny – rzucił przez ramię, zanim zamknął za sobą drzwi.

Nie zrobiłam sceny. Stałam bez ruchu, z oczami pełnymi łez i głową pełną pytań. Jak to się stało, że znowu jestem tą, która czeka? Czeka na telefon, na wiadomość, na powrót do normalności. Przecież miałam być szczęśliwa. Przecież Leszek był inny.

Poznaliśmy się na parapetówce u wspólnej znajomej. On – wysoki, z tym swoim lekko krzywym uśmiechem i błyskiem w oku. Ja – świeżo po rozstaniu z Pawłem, niepewna siebie i świata. Leszek od razu mnie zauważył. Przyniósł mi drinka i zapytał o ulubioną książkę. Rozmawialiśmy do rana. Po tygodniu zaprosił mnie na kolację do włoskiej knajpki na Powiślu.

– Wiesz, Bogna, ja nie szukam przygody. Chcę czegoś prawdziwego – powiedział wtedy, patrząc mi prosto w oczy.

To zdanie rozgrzało mnie od środka. W końcu ktoś chciał tego samego co ja! Szybko się zbliżyliśmy. Po trzech miesiącach zamieszkaliśmy razem. Moja mama mówiła: „Nie spiesz się tak, dziecko”. Ale ja byłam pewna.

Pierwsze tygodnie były jak sen. Gotowaliśmy razem, chodziliśmy na spacery po Łazienkach, planowaliśmy wspólne wakacje nad Bałtykiem. Leszek był czuły, troskliwy, zawsze miał dla mnie czas.

A potem coś zaczęło się psuć. Najpierw drobiazgi – coraz więcej pracy, coraz mniej rozmów. Potem pojawiły się kłótnie o bzdury: o niepozmywane naczynia, o to, że za dużo czasu spędzam z przyjaciółkami.

– Może powinnaś w końcu znaleźć lepszą pracę? – rzucił pewnego wieczoru, kiedy wróciłam zmęczona po dyżurze w bibliotece.

Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać. Praca w bibliotece nie była szczytem moich marzeń, ale dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Leszek zarabiał dużo lepiej jako informatyk w dużej firmie. Czułam się przy nim coraz mniejsza.

A potem pojawiła się ona – Agata. Najpierw tylko w opowieściach Leszka: „Agata z działu marketingu to świetna dziewczyna”, „Agata zna się na winach”, „Agata poleciła mi nową knajpkę”. Z czasem jej imię zaczęło padać coraz częściej.

Pewnego dnia zobaczyłam ich razem pod jego biurem. Śmiali się do siebie jak starzy znajomi. Kiedy Leszek mnie zauważył, spłoszył się i szybko pożegnał z Agatą.

– Przesadzasz – powiedział później w domu. – To tylko koleżanka z pracy.

Ale ja już wiedziałam. Zaczęłam sprawdzać jego telefon, szukać śladów zdrady. Nic nie znalazłam – był ostrożny. Ale intuicja nie dawała mi spokoju.

W tym czasie moja mama zachorowała. Rak piersi. Musiałam jeździć do niej do Radomia co weekend, pomagać przy lekach i sprzątaniu mieszkania. Leszek coraz częściej zostawał sam w Warszawie.

– Nie możesz zostawić mnie samego na tyle dni? – narzekał któregoś razu.

– Moja mama jest chora! – wybuchłam wtedy pierwszy raz od dawna.

– A ja? Ja też się liczę!

Wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że jestem sama ze wszystkim: z chorobą mamy, z własnymi lękami i z tym związkiem.

Któregoś wieczoru wróciłam wcześniej do domu i zobaczyłam Leszka siedzącego na kanapie z Agatą. Pili wino i śmiali się do rozpuku.

– Co ty tu robisz? – zapytałam Agatę lodowatym głosem.

– Przyszłam tylko oddać Leszkowi książkę – odpowiedziała speszona.

Leszek spojrzał na mnie z wyrzutem:

– Przestań robić sceny! To naprawdę nic takiego!

Wybiegłam z mieszkania i przez godzinę błąkałam się po mieście. W końcu zadzwoniłam do mojej siostry, Marty.

– Przyjedź do mnie – powiedziała bez wahania.

Spędziłam u niej całą noc, płacząc i opowiadając wszystko od początku do końca.

– Bogna, musisz coś zmienić – powiedziała Marta rano. – Nie możesz ciągle czekać aż ktoś zdecyduje za ciebie.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Wróciłam do mieszkania i spojrzałam na Leszka inaczej niż zwykle. Zobaczyłam w nim nie partnera, ale kogoś obcego.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.

Leszek wzruszył ramionami:

– O czym tu gadać? Przecież wszystko jest jasne.

– Dla ciebie może tak. Ale dla mnie nie! – podniosłam głos pierwszy raz od miesięcy.

Zebrałam swoje rzeczy i wyprowadziłam się do Marty. Mama była coraz słabsza, więc postanowiłam przenieść się do Radomia na stałe i opiekować się nią do końca.

Leszek próbował jeszcze dzwonić kilka razy, ale nie odbierałam. Agata napisała mi wiadomość: „Przepraszam za wszystko”. Nie odpisałam jej nigdy.

W Radomiu życie płynęło wolniej. Opiekowałam się mamą, chodziłam z nią na spacery po parku Planty, gotowałyśmy razem rosół jak dawniej. Zaczęłam pisać pamiętnik i odkrywać siebie na nowo.

Po śmierci mamy zostałam sama w pustym mieszkaniu pełnym wspomnień i żalu. Ale też poczułam ulgę – pierwszy raz od lat nikt ode mnie niczego nie oczekiwał.

Znalazłam nową pracę w małym antykwariacie przy rynku. Poznałam tam ludzi podobnych do mnie: trochę poranionych przez życie, ale pełnych pasji i marzeń.

Pewnego dnia przyszedł do antykwariatu mężczyzna o imieniu Andrzej. Był wdowcem po trzydziestce, miał smutne oczy i ciepły uśmiech.

– Szukam książki dla córki – powiedział nieśmiało.

Pomogłam mu znaleźć „Małego Księcia”. Zaczęliśmy rozmawiać o życiu i stracie. Spotykaliśmy się coraz częściej: najpierw przypadkiem w kawiarni obok antykwariatu, potem już celowo na spacerach po parku.

Andrzej był inny niż Leszek. Nie obiecywał złotych gór ani wiecznej miłości. Był obecny tu i teraz – słuchał mnie uważnie i nie oceniał moich wyborów.

Po kilku miesiącach zaprosił mnie do siebie na kolację. Jego córka Zosia od razu mnie polubiła.

– Ciocia Bogna jest fajna! – powiedziała któregoś wieczoru.

Patrzyłam na nich i czułam coś nowego: spokój i wdzięczność za to, co mam tu i teraz.

Czasem jeszcze myślę o Leszku i Agacie. Czy są szczęśliwi? Czy żałują? Ale już nie czekam na odpowiedzi.

Dziś wiem jedno: życie nie czeka na tych, którzy stoją w miejscu. Trzeba mieć odwagę przejąć stery nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone.

Czy wy też kiedyś musieliście przejąć kontrolę nad swoim życiem? Jakie decyzje były dla was najtrudniejsze?