Tajemniczy gość w moim ogrodzie: kogut, szept pod płotem i sekret, który rozdarł naszą rodzinę
Obudził mnie przenikliwy krzyk koguta sąsiadów. „Znowu to samo!” – pomyślałam z irytacją, wciskając głowę w poduszkę, jakby to mogło uciszyć cały świat. Ptak umilkł, ale sen już uciekł, zostawiając tylko niejasne uczucie niepokoju, takie jak wtedy, gdy w dzieciństwie słyszałam, że ktoś chodzi po podwórku, a mama mówiła: „Śpij, Anka, to wiatr.” Przewróciłam się na starej skrzypiącej łóżku, czując wilgoć prześcieradła i lekki głód. Poranne światło przedzierające się przez wyblakłe zasłony raziło w oczy, potęgując rozdrażnienie. Niechętnie wstałam, trzęsąc się z zimna, bo w naszym domu zawsze było zimniej niż na zewnątrz, jakby ściany pamiętały wszystkie kłótnie i nie chciały już trzymać ciepła.
W kuchni pachniało wczorajszą herbatą i mokrym drewnem. Piec wygasł w nocy, a ja nie miałam siły wstawać, żeby dorzucić. Wzięłam kubek, nalałam wody z czajnika i postawiłam na palniku. Gaz syknął, płomień zatańczył. I wtedy usłyszałam coś jeszcze – nie koguta, nie samochód na szosie, nie szczekanie psa. To było ciche, krótkie stuknięcie, jakby ktoś dotknął paznokciem szyby.
Zamarłam z ręką na blacie. Stuknięcie powtórzyło się, tym razem wyraźniej, od strony ogrodu.
„Kto tam?” – powiedziałam na głos, choć w domu byłam sama.
Odpowiedziała mi cisza, gęsta i lepka. Serce zaczęło mi walić, jakby chciało wybić dziurę w żebrach. Podeszłam do okna. Szyba była zaparowana od mojej pary, więc przetarłam ją rękawem. Ogród tonął w porannej mgle, a trawa była mokra, jakby ktoś ją w nocy wypłakał. Przy płocie, tam gdzie rosną stare maliny, zobaczyłam poruszenie. Cień. Ktoś stał po drugiej stronie, przyciśnięty do desek.
„Halo?” – powtórzyłam, już ostrzej.
Cień drgnął. Usłyszałam szept, ledwie słyszalny: „Niech pani nie krzyczy.”
W pierwszym odruchu chciałam zadzwonić po policję. W naszej gminie policja przyjeżdżała wolno, ale sam telefon dawał poczucie, że nie jestem bezbronna. Tylko że palce mi zdrętwiały, a w głowie pojawiła się myśl, której nie chciałam: że ten głos… ja go skądś znam.
Wciągnęłam na siebie sweter, wsunęłam stopy w gumowce i wyszłam na ganek. Zimno uderzyło mnie w twarz. Deski pod nogami jęknęły. Ogród był mój, a jednak czułam się w nim jak intruz.
„Kim pan jest?” – zapytałam, idąc w stronę płotu.
Kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam mężczyznę. Nie był młody, ale też nie stary. Miał zarost, jakby od tygodni nie widział maszynki, i oczy czerwone od niewyspania. Ubrany w kurtkę, która pamiętała lepsze czasy, i w spodnie ubłocone po kolana. Stał tak, jakby bał się, że ziemia go nie utrzyma.
„Proszę… ja tylko na chwilę” – powiedział. „Ja nie chcę kłopotów.”
„To dlaczego pan jest w moim ogrodzie?” – głos mi zadrżał, ale starałam się brzmieć twardo. W Polsce kobieta sama w domu musi brzmieć twardo, nawet jeśli w środku jest miękka jak rozmokły chleb.
Mężczyzna przełknął ślinę. „Szukam… szukam pani.”
„Mnie?”
„Anki.”
Kiedy usłyszałam swoje imię w jego ustach, poczułam, jakby ktoś pociągnął mnie za włosy do tyłu, w przeszłość. „Skąd pan zna moje imię?”
On spojrzał na dom, na okno kuchni, na ganek, jakby sprawdzał, czy to na pewno to miejsce. „Bo… bo ja tu kiedyś byłem. Dawno.”
„Nie pamiętam pana.”
„To normalne.” Uśmiechnął się krzywo. „Pani była dzieckiem.”
Wtedy w mojej głowie zapaliła się lampka, ale nie taka jasna, tylko migająca, jak w starym korytarzu w bloku. Dziecko. Ktoś, kto był tu dawno. Ktoś, o kim się nie mówiło.
„Jak pan ma na imię?” – zapytałam.
Zawahał się. „Marek.”
To imię uderzyło mnie w brzuch. Marek. W naszej rodzinie to imię było jak zakazany owoc. Mama nigdy go nie wypowiadała, a jeśli już, to szeptem, jakby bała się, że ściany doniosą.
„Niech pan wyjdzie zza płotu” – powiedziałam, choć nogi miałam jak z waty.
„Nie mogę.”
„Dlaczego?”
„Bo… bo pani mama.”
„Moja mama nie żyje.” Słowa wyszły ze mnie ostro, jakby to była broń. „Od trzech lat.”
Marek zamknął oczy. Przez chwilę wyglądał, jakby miał się przewrócić. „To ja… ja spóźniłem się.”
„Na co?”
„Na wszystko.”
Stałam w mokrej trawie, a w głowie zaczęły mi się mieszać obrazy: mama przy stole, z papierosem w palcach, patrząca w okno; mama, która krzyczała na tatę, że „znowu przyniósł wstyd”; mama, która w nocy płakała w łazience, a ja udawałam, że śpię.
„Proszę mi powiedzieć, o co chodzi” – wyszeptałam.
Marek w końcu przesunął się wzdłuż płotu do furtki, tej starej, zardzewiałej, którą rzadko otwierałam, bo skrzypiała tak, że budziła pół wsi. Otworzył ją ostrożnie, jakby bał się, że alarm się włączy. Wszedł na moje podwórko i stanął dwa kroki ode mnie. Pachniał dymem, wilgocią i czymś jeszcze – jakby starym dworcem.
„Ja… ja jestem pani ojcem” – powiedział.
Świat na moment zamilkł. Nawet kogut, nawet wiatr. Usłyszałam tylko własny oddech, urywany.
„Nie.” To było pierwsze słowo, jakie znalazłam. „Mój ojciec miał na imię Janek.”
„Janek pani wychował.” Marek mówił cicho, ale każde słowo było jak kamień wrzucony do studni. „Ja… ja byłem wcześniej. Zanim… zanim wszystko się posypało.”
„To jakiś żart?” – poczułam, że robi mi się gorąco, mimo zimna. „Pan przyszedł tu po pieniądze? Po nocleg? Po co?”
„Po prawdę.”
Zaśmiałam się krótko, nerwowo. „Prawda? U nas prawda zawsze była jak śledź na Wigilię – niby jest, ale wszyscy udają, że nie śmierdzi.”
Marek drgnął, jakby go uderzyłam. „Ja nie przyszedłem pani skrzywdzić. Ja… ja całe życie nosiłem to w sobie. I teraz… teraz już nie mam gdzie iść.”
„To nie mój problem.” Powiedziałam to automatycznie, jakbym powtarzała zdanie, którego nauczyłam się w terapii online, kiedy próbowałam poskładać siebie po śmierci mamy. Tylko że terapia nie przygotowała mnie na to, że przeszłość stanie mi w ogrodzie.
„Anka…” – zaczął.
„Nie mów do mnie tak.”
W tym momencie usłyszałam trzask drzwi u sąsiadów i głos Haliny, tej co zawsze wszystko wie. „Anka! Wszystko w porządku? Kto to?”
Zamarłam. Halina stała przy swoim płocie, w szlafroku, z rękami na biodrach. Jej oczy błyszczały jak latarki.
„W porządku!” – krzyknęłam, choć nic nie było w porządku. „To… to znajomy.”
Halina zmrużyła oczy. „O tej porze? W błocie? No, no…”
Marek spuścił głowę. Widziałam, że wstyd go pali, ale też coś jeszcze – determinacja.
„Wejdź do domu” – powiedziałam nagle, zanim zdążyłam się zastanowić. „Zanim Halina zadzwoni do całej wsi.”
W kuchni usiadł przy stole, tym samym, przy którym mama kroiła chleb i liczyła rachunki. Postawiłam przed nim herbatę. Ręce mi się trzęsły, więc rozlałam trochę na spodek.
„Mów” – powiedziałam, opierając się o blat. „Ale jeśli to kłamstwo, to…”
„To co?” – spojrzał na mnie. „Wyrzuci mnie pani? Zgłosi? Ja i tak już jestem wyrzucony z życia.”
Zacisnęłam zęby. „Dlaczego teraz?”
Marek wziął kubek w dłonie, jakby chciał się ogrzać od środka. „Bo byłem w zakładzie.”
„W więzieniu?”
Skinął głową. „Za bójkę. Za głupotę. Za to, że nie umiałem żyć normalnie. Wyszedłem miesiąc temu. Szukałem pracy, ale kto zatrudni faceta po odsiadce? Wszędzie: ‘oddzwonimy’. Nikt nie oddzwania. Spałem na dworcu w Lublinie, potem u jakiegoś chłopa w stodole. Aż w końcu… w końcu pomyślałem o was.”
„O nas?” – prychnęłam. „O mnie i o mamie?”
„O tobie.”
„Nie mów mi, że ci zależało.”
Marek wbił wzrok w stół. „Zależało. Tylko że byłem tchórzem.”
W mojej głowie pojawił się obraz mamy, jak stoi w progu i mówi do kogoś: „Nie wracaj. Nie masz tu czego szukać.” Wtedy myślałam, że mówi do taty Janka, kiedy wyjeżdżał do pracy do Niemiec. Ale może mówiła do Marka.
„Mama wiedziała, że przyjdziesz?” – zapytałam.
„Nie.”
„A Janek?”
„Janek… on był dobrym człowiekiem.” Marek mówił to z takim szacunkiem, że aż mnie zabolało. „On wiedział. I mimo to został. Wychował cię. A ja… ja zniknąłem.”
„Dlaczego?”
Marek wziął głęboki oddech. „Bo twoja mama była wtedy młoda. Ja też. Byliśmy głupi. Ja piłem, wplątałem się w złe towarzystwo. Kiedy zaszła w ciążę, obiecałem, że się ogarnę. A potem… potem przyszedł Janek. Stabilny, spokojny. Dał jej dom. A ja dałem jej strach.”
Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. „Czyli co? Przyszedłeś teraz, bo chcesz… co? Żebym cię przytuliła i powiedziała: ‘tato’?”
Marek uniósł wzrok. W jego oczach było coś, czego nie umiałam nazwać. „Nie. Ja chcę tylko, żebyś wiedziała. Żebyś nie myślała, że to twoja wina, że w domu było tak, jak było.”
„A było jak?” – syknęłam. „Było biednie. Było ciężko. Mama pracowała w sklepie, Janek jeździł na budowy, a ja słuchałam, jak ludzie mówią: ‘Anka to taka dziwna, taka zamknięta’. W szkole śmiali się, że nie mam markowych butów. W domu słyszałam kłótnie o pieniądze. I jeszcze to… to napięcie, którego nikt nie nazywał.”
Marek zacisnął dłonie. „Wiem.”
„Nie, nie wiesz!” – krzyknęłam, a potem od razu przestraszyłam się własnego głosu. „Ty nie byłeś tu, kiedy mama wracała z pracy i płakała, bo Halina znowu coś powiedziała. Ty nie byłeś, kiedy Janek miał zawał i ja dzwoniłam po pogotowie, a karetka jechała czterdzieści minut. Ty nie byłeś, kiedy mama umierała na raka i mówiła: ‘Anka, nie ufaj nikomu, bo każdy kiedyś odchodzi’.”
Marek wstał powoli. „Masz rację. Nie byłem. I nie mam prawa prosić o nic.”
„To po co tu jesteś?” – zapytałam już ciszej.
„Bo nie chcę umrzeć jako cień.”
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krzyk. Cień. Właśnie tak go widziałam rano, przy malinach.
Wtedy zadzwonił telefon. Na ekranie: „Piotrek”. Mój mąż. Pracował w mieście, wracał późno, a ostatnio między nami było jak między dwoma obcymi lokatorami. Odebrałam.
„Anka, wszystko okej? Halina pisała, że jakiś facet kręci się koło domu.”
Spojrzałam na Marka. Stał przy stole, jak skazany.
„Jest… ktoś” – powiedziałam.
„Kto?” – głos Piotrka stwardniał.
„Marek.”
„Jaki Marek?”
Zawahałam się. „To… to skomplikowane.”
„Anka, nie rób mi tego. Po tym, co było z twoją mamą, ty masz skłonność do… do ratowania wszystkich.”
Zacisnęłam powieki. Piotrek miał rację, a jednocześnie nie miał. Bo ja nie chciałam ratować Marka. Ja chciałam uratować siebie przed kolejnym kłamstwem.
„Wróć wcześniej” – powiedziałam do Piotrka. „Musimy porozmawiać.”
Rozłączyłam się i spojrzałam na Marka. „Piotrek zaraz będzie. I on… on nie jest jak Janek. On nie będzie udawał, że nic się nie dzieje.”
Marek skinął głową. „Rozumiem.”
„Masz jakieś dowody?” – zapytałam nagle, bo w Polsce prawda bez papierka jest tylko plotką. „Cokolwiek?”
Marek sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął zmięty dokument w foliowej koszulce. Akt urodzenia. Mój. Z adnotacją, której nigdy wcześniej nie widziałam, bo mama trzymała papiery w metalowej puszce po herbacie i nie pozwalała mi tam zaglądać. W rubryce ojciec: Marek.
Zrobiło mi się słabo. Usiadłam.
„Dlaczego mama mi nie powiedziała?” – wyszeptałam.
„Bo się bała.”
„Czego?”
„Że wrócę.”
Te słowa były jak nóż. Mama bała się, że wróci. A ja teraz siedziałam naprzeciwko niego i nie wiedziałam, czy mam się bać, czy płakać.
Za oknem mgła zaczęła się podnosić. Słońce wpełzało na podwórko, oświetlając ślady butów w błocie. Ślady, które prowadziły od płotu do mojego domu, jakby ktoś w końcu odważył się przejść drogę, której nie przeszedł przez całe życie.
„Nie wiem, co mam z tobą zrobić” – powiedziałam, a głos mi się załamał. „Nie wiem nawet, co mam zrobić z tą informacją.”
Marek usiadł z powrotem. „Nie musisz nic. Ja mogę odejść. Tylko… tylko pozwól mi powiedzieć jedno.”
„Jakie?”
„Że przepraszam. I że… że twoja mama była silniejsza ode mnie. A ty… ty masz jej oczy.”
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, wściekłe, gorące. „Nie mów o niej, jakbyś miał do tego prawo.”
„Nie mam.”
Wtedy usłyszałam samochód Piotrka na podjeździe. Drzwi trzasnęły. Kroki. Serce znów zaczęło mi walić.
„Anka!” – zawołał z ganku. „Gdzie on jest?”
Spojrzałam na Marka. On spojrzał na mnie. W tej sekundzie zrozumiałam, że to nie jest tylko historia o tajemniczym gościu w ogrodzie. To jest historia o tym, jak całe życie budowałam siebie na cudzym milczeniu. I że teraz to milczenie pęka, a ja muszę zdecydować, czy z niego ulepię coś nowego, czy pozwolę, żeby mnie zasypało.
Piotrek wszedł do kuchni i stanął jak wryty. „Kim ty jesteś?” – warknął.
Marek podniósł ręce w geście bezbronności. „Nazywam się Marek.”
Piotrek spojrzał na mnie. „Anka?”
Wzięłam głęboki oddech. „To mój… biologiczny ojciec.”
Piotrek otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. A ja poczułam, że wreszcie powiedziałam na głos coś, co przez lata było tylko cieniem przy malinach.
I teraz pytanie nie brzmiało już: „Kim jest tajemniczy gość?”, tylko: co ja zrobię z prawdą, która przyszła do mnie bez zaproszenia, w błocie, o świcie?
Czy wy też macie w rodzinie takie milczenia, które nagle stają w progu i patrzą wam prosto w oczy? A jeśli prawda przychodzi za późno, to czy wciąż może coś uratować — czy tylko niszczy to, co jeszcze się trzyma?