Oddałam wszystko dzieciom, a teraz słyszę, że się wtrącam – czy naprawdę jestem już tylko zbędnym dodatkiem?

– Mamo, możesz nie wtrącać się w nasze sprawy? – głos Magdy przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc kubki po śniadaniu, kiedy usłyszałam te słowa. Zamarłam z ręką w pianie, czując, jak serce ściska mi się w piersi.

Nie chciałam się wtrącać. Chciałam tylko pomóc. Zawsze chciałam pomagać. Przez całe życie byłam dla nich – dla Magdy, dla Pawła, dla ich ojca. Odkąd urodził się Paweł, zrezygnowałam z pracy w bibliotece. Andrzej zarabiał dobrze jako inżynier w zakładach, więc uznaliśmy, że dzieci bardziej potrzebują matki w domu niż dodatkowych pieniędzy. Nie żałowałam tej decyzji. Przynajmniej tak mi się wydawało przez wiele lat.

Każdy dzień podporządkowywałam rodzinie. Budziłam się pierwsza, szykowałam śniadania, kanapki do szkoły, prasowałam koszule Andrzeja. Wieczorami pomagałam dzieciom w lekcjach, słuchałam ich zwierzeń, tuliłam, kiedy płakały. Byłam na każdym przedstawieniu szkolnym, na każdym meczu Pawła, na każdej wywiadówce. Gdy zachorowali na ospę, nie spałam po nocach, czuwając przy łóżkach. Kiedy Magda miała złamane serce po rozstaniu z pierwszym chłopakiem, piekłam jej ulubione ciasto i tuliłam do snu.

A teraz? Teraz stoję w tej samej kuchni, w której przez lata królowałam jako matka i żona, i słyszę: „Nie wtrącaj się”.

Magda mieszka jeszcze z nami – kończy studia pedagogiczne i pracuje dorywczo w przedszkolu. Paweł już dawno się wyprowadził, ma żonę i dwójkę dzieci. Andrzej… Andrzej jest coraz bardziej nieobecny. Pracuje mniej, ale jakby nie potrafił znaleźć sobie miejsca w domu. Siedzi godzinami przed telewizorem albo wychodzi na działkę.

Czasem mam wrażenie, że jestem tu tylko po to, żeby gotować obiady i sprzątać po wszystkich. Kiedy próbuję zaproponować Magdzie pomoc – czy to w nauce, czy w sprawach sercowych – słyszę: „Mamo, dam sobie radę”. Kiedy dzwonię do Pawła i pytam, czy mogę zabrać wnuki na spacer, odpowiada: „Mamo, mamy swoje plany”.

Wczoraj wieczorem usłyszałam przez przypadek rozmowę Magdy z koleżanką przez telefon:
– Moja mama to już przesada… Wszędzie musi wsadzić nos. Czasem mam ochotę wyjść z domu i nie wracać.

Zabolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Przecież ja tylko chciałam być obecna w ich życiu! Czy to naprawdę tak źle?

Pamiętam dzień, kiedy Paweł wyprowadzał się do własnego mieszkania. Stałam na klatce schodowej z jego ulubionym swetrem w rękach i łzami w oczach.
– Mamo, nie płacz – powiedział wtedy cicho. – Przecież będziemy się widywać.
Ale widujemy się coraz rzadziej. Zawsze jest coś ważniejszego: praca, dzieci, remont.

Andrzej też się zmienił. Kiedyś rozmawialiśmy godzinami o wszystkim – o polityce, książkach, planach na przyszłość dzieci. Teraz milczy albo narzeka na ceny w sklepie.

Czasem siadam sama wieczorem przy stole i patrzę na zdjęcia rodzinne: Magda z pierwszym świadectwem z paskiem, Paweł na rowerze bez kółek, Andrzej z dziećmi nad morzem. Wtedy ogarnia mnie fala tęsknoty za tamtym czasem – kiedy byłam potrzebna.

Ostatnio próbowałam zaproponować rodzinny obiad w niedzielę.
– Mamo, może innym razem – powiedział Paweł przez telefon.
– Mam spotkanie ze znajomymi – rzuciła Magda.
Andrzej nawet nie podniósł wzroku znad gazety.

Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę jestem już tylko zbędnym dodatkiem? Czy moje życie straciło sens?

Wczoraj odwiedziła mnie sąsiadka, pani Basia.
– Pani Halinko – powiedziała cicho – ja też tak miałam… Dzieci wyfrunęły z gniazda i nagle nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.
Opowiedziała mi o swoim wolontariacie w domu dziecka.
– Tam jestem potrzebna – uśmiechnęła się smutno.

Może powinnam spróbować? Ale czy to nie zdrada wobec własnej rodziny? Czy mogę dawać siebie innym dzieciom, skoro moje własne mnie odrzucają?

Wieczorem podeszła do mnie Magda.
– Mamo… Przepraszam za dzisiaj. Po prostu mam dużo na głowie.
Pogłaskałam ją po włosach.
– Wiem, kochanie. Chciałam tylko pomóc.
– Wiem… Ale czasem muszę sama popełnić błędy.

Zrozumiałam wtedy coś ważnego: moje dzieci dorosły. Już mnie nie potrzebują tak jak kiedyś. Ale czy to znaczy, że mam przestać być matką? Czy powinnam znaleźć nowy sens życia?

Siedzę teraz przy oknie i patrzę na ogród. Może czas pomyśleć o sobie? Może czas nauczyć się żyć dla siebie?

Czy naprawdę matka przestaje być ważna, gdy dzieci zaczynają własne życie? A może to właśnie teraz powinnam odnaleźć siebie na nowo?