Kiedy wszystko pęka: Odpowiedzialność, której nie chciał widzieć mój mąż

— Znowu nie wyniosłeś śmieci, Tomek! — krzyknęłam przez kuchnię, czując jak w gardle rośnie mi gula. W odpowiedzi usłyszałam tylko ciche „zaraz”, które już dawno przestało cokolwiek znaczyć. Stałam przy zlewie, patrząc na stertę brudnych naczyń i zastanawiałam się, kiedy ostatni raz ktoś poza mną wziął się za sprzątanie. Może w zeszłym roku? Może nigdy?

Od lat byłam tą, która wszystko ogarnia. Praca na etacie w urzędzie, dzieci — Zosia i Michał — szkoła, obiady, zakupy, rachunki. Tomek? Pracował dużo, to prawda, ale po powrocie do domu zamieniał się w cień. Oglądał mecze, przeglądał telefon, czasem rzucił „co na obiad?” albo „gdzie są moje skarpetki?”.

Pewnego wieczoru, kiedy po raz kolejny zbierałam porozrzucane po salonie zabawki i skarpetki Tomka, poczułam, że coś we mnie pęka. „A gdyby tak… po prostu przestać?” — pomyślałam. Przestać prać jego rzeczy, gotować obiady, przypominać o wszystkim. Chciałam zobaczyć, czy zauważy moją nieobecność w domowych obowiązkach.

Nazajutrz wstałam wcześniej niż zwykle. Dzieci zostawiły śniadanie na stole — nie zrobiłam im kanapek do szkoły. Tomek szukał koszuli:

— Anka, gdzie jest moja biała koszula?

— Nie wiem — odpowiedziałam spokojnie. — Może tam, gdzie ją zostawiłeś?

Spojrzał na mnie zaskoczony. Wyszłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Słyszałam jego kroki, szelest szukania po szafkach. Dzieci narzekały na brak śniadania. Przez cały dzień nie zrobiłam niczego z listy codziennych obowiązków.

Wieczorem kuchnia wyglądała jak po huraganie. Tomek siedział przy stole z miną zbitego psa.

— Co się dzieje? — zapytał w końcu.

— Nic — odpowiedziałam chłodno. — Po prostu postanowiłam odpocząć.

Przez kolejne dni dom pogrążał się w chaosie. Brudne naczynia piętrzyły się w zlewie, dzieci chodziły głodne i rozdrażnione, a Tomek coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem „ważnych spraw”.

W piątek wieczorem wrócił późno. Siedziałam przy stole z kubkiem zimnej herbaty i patrzyłam w okno.

— Anka… — zaczął niepewnie. — Co się z tobą dzieje? Przecież zawsze wszystko ogarniałaś…

— Właśnie o to chodzi! — wybuchłam nagle. — Zawsze JA! Nigdy MY! Czy ty w ogóle widzisz, ile robię? Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że mogę być zmęczona?

Tomek milczał przez chwilę.

— Pracuję ciężko…

— Ja też pracuję! I jeszcze prowadzę ten dom sama! — łzy napłynęły mi do oczu. — Czy ty mnie jeszcze kochasz? Czy tylko przyzwyczaiłeś się do wygody?

Zapanowała cisza tak gęsta, że aż bolała.

— Nie wiedziałem… — wyszeptał w końcu Tomek. — Myślałem, że tak już jest…

— Bo nigdy nie chciałeś wiedzieć! — odpowiedziałam gorzko.

Tego wieczoru długo rozmawialiśmy. O tym, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. O tym, że przez lata żyliśmy obok siebie, a nie razem. O tym, że ja czułam się niewidzialna i niedoceniona.

Tomek obiecał się zmienić. Zaczął pomagać w domu — nie od razu idealnie, ale próbował. Dzieci patrzyły na nas z niedowierzaniem, kiedy razem gotowaliśmy obiad czy sprzątaliśmy salon.

Ale rany zostały. Zastanawiałam się często: czy można odbudować zaufanie i partnerstwo po tylu latach zaniedbań? Czy wystarczy chcieć? Czy to ja byłam winna, że tak długo milczałam?

Czasem patrzę na Tomka i pytam siebie: czy naprawdę się zmienił? Czy to tylko chwilowe poczucie winy? A może my wszyscy za bardzo przyzwyczajamy się do wygody i zapominamy o tych, którzy są najbliżej?

Czy wy też czasem czujecie się niewidzialni we własnym domu? Jak długo można czekać na zmianę?