„Lodówka to nie restauracja!” – Jak moja córka i jej „przyjaciele” doprowadzili mnie do łez. Wyznanie polskiej matki
– Co tu się dzieje?! – krzyknęłam, zrzucając torbę na podłogę. W kuchni, przy stole, siedziała moja córka Zosia i trzech chłopaków, których pierwszy raz widziałam na oczy. Na talerzach leżały resztki mojego schabowego, ziemniaków i surówki – obiadu, który rano przygotowałam dla naszej rodziny. Jeden z chłopaków właśnie otwierał lodówkę, szukając czegoś jeszcze.
– Mamo, spokojnie, to tylko Bartek, Michał i Kuba – rzuciła Zosia z miną, jakby nic się nie stało. – Byliśmy głodni po szkole.
– To nie jest bar mleczny! – wybuchłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. – To był nasz obiad! Dla naszej rodziny!
Chłopcy spojrzeli po sobie nerwowo. Jeden z nich mruknął „przepraszam”, ale już było za późno. Zosia przewróciła oczami i wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami swojego pokoju. Chłopcy szybko się zwinęli, zostawiając po sobie bałagan i pustkę.
Usiadłam przy stole i przez chwilę patrzyłam na okruchy na obrusie. W głowie miałam mętlik: zmęczenie po pracy, rozczarowanie i poczucie bezsilności. Od miesięcy czułam, że Zosia oddala się ode mnie. Miała 15 lat i coraz częściej zamykała się w swoim świecie – słuchała muzyki, pisała coś w zeszycie, rozmawiała godzinami przez telefon. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że pozwoli sobie na coś takiego.
Wieczorem próbowałam z nią porozmawiać. Zapukałam do drzwi jej pokoju.
– Zosiu, możemy pogadać?
– Nie mam ochoty – odpowiedziała cicho.
– Proszę cię. Chcę tylko zrozumieć…
– Ty nigdy nic nie rozumiesz! – wybuchła nagle. – Ciągle tylko narzekasz! Nic ci nie pasuje!
Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Przypomniałam sobie własną młodość – jak kłóciłam się z mamą o wszystko: o godzinę powrotu do domu, o ubrania, o chłopaków. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy zaprosić znajomych na rodzinny obiad bez pytania.
Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka z biura, Ania, zauważyła moje rozkojarzenie.
– Coś się stało?
Opowiedziałam jej wszystko. Ania westchnęła:
– U mnie było podobnie. Moja Ola w zeszłym roku zrobiła imprezę pod moją nieobecność. Przez tydzień nie odzywałyśmy się do siebie…
– I co zrobiłaś?
– Przestałam ją traktować jak dziecko. Zaczęłam rozmawiać jak z dorosłą. To trudne, ale czasem trzeba odpuścić.
Wieczorem długo myślałam nad tymi słowami. Może rzeczywiście za bardzo próbuję kontrolować Zosię? Ale czy to znaczy, że mam pozwalać na brak szacunku?
Kolejne dni były napięte. Zosia wychodziła rano do szkoły i wracała późno. Unikała mnie wzrokiem, zamykała się w pokoju. W domu panowała cisza, która bolała bardziej niż krzyk.
W piątek wieczorem usłyszałam hałas w kuchni. Zajrzałam – Zosia kroiła chleb.
– Chcesz kanapkę? – zapytała bez entuzjazmu.
– Nie, dziękuję… Ale chciałabym porozmawiać.
Westchnęła ciężko.
– Wiem, że byłaś zła… Przepraszam – powiedziała nagle, spuszczając wzrok. – Nie pomyślałam…
Poczułam ulgę, ale też żal.
– Zosiu… Ja też przepraszam. Może za bardzo cię kontroluję. Ale musisz zrozumieć… To jest nasz dom. Musimy się szanować.
Zosia wzruszyła ramionami.
– Wszyscy moi znajomi tak robią…
– Ale my nie jesteśmy „wszyscy”. Jesteśmy rodziną.
Przez chwilę stałyśmy w milczeniu. Potem Zosia wyszła do swojego pokoju.
W weekend postanowiłam spróbować inaczej. Zaproponowałam wspólne gotowanie obiadu – ja, Zosia i jej młodszy brat Staś. Na początku było sztywno, ale powoli atmosfera się rozluźniała. Zosia zaczęła opowiadać o szkole, Staś żartował z przypalonych ziemniaków. Przez chwilę poczułam dawną bliskość.
Wieczorem usiadłyśmy razem na kanapie.
– Mamo… Mogę czasem zaprosić znajomych? Ale powiem ci wcześniej…
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Oczywiście. Tylko ustalmy zasady.
Nie wiem, czy odzyskałam jej pełne zaufanie. Wiem jednak jedno: relacje z dzieckiem to ciągłe budowanie mostów nad przepaściami nieporozumień i emocji.
Czasem zastanawiam się: czy można być dobrą matką i jednocześnie pozwolić dziecku na samodzielność? Czy da się pogodzić miłość z wymaganiami? Co wy o tym myślicie?