Mąż wyszedł po chleb i nie wrócił. Po latach odkryłam prawdę, która zmieniła wszystko.
— Zosiu, zaraz wracam, tylko skoczę po chleb — powiedział Marek, zakładając kurtkę. Był zwykły, szary poranek w naszym bloku na warszawskim Ursynowie. Dzieci jeszcze spały, a ja już planowałam dzień: pranie, zakupy, może kawa z sąsiadką. Nie wiedziałam, że to ostatnie słowa, jakie od niego usłyszę.
Minęła godzina, potem dwie. Zaczęłam się niepokoić. Zadzwoniłam na jego komórkę — cisza. W sklepie powiedzieli, że go nie widzieli. Może spotkał kogoś znajomego? Może coś się stało? Wieczorem zgłosiłam zaginięcie na policji. „Proszę pani, dorośli czasem znikają na własne życzenie” — usłyszałam. Wróciłam do pustego mieszkania i poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg cały świat.
Pierwsze dni były jak koszmar. Dzieci pytały: „Gdzie tata?” — a ja nie umiałam odpowiedzieć. Sąsiedzi patrzyli z litością, niektórzy szeptali za plecami. Mama przyjechała z Radomia, żeby mi pomóc. „Może miał romans? Może długi?” — pytała. Odpierałam te myśli, broniąc Marka nawet przed samą sobą.
Mijały tygodnie, potem miesiące. Policja umywała ręce, śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zaczęłam chodzić do pracy na pół etatu w bibliotece, żeby mieć zajęcie i nie zwariować. Dzieci dorastały bez ojca, a ja każdego dnia walczyłam z poczuciem winy i wstydu. „Może to moja wina? Może czegoś nie zauważyłam?” — pytałam siebie nocami.
Po dwóch latach dostałam list polecony z sądu: Marek oficjalnie uznany za zaginionego. Formalności, papierki, urzędnicy — wszystko bez emocji. Tylko ja nie mogłam pogodzić się z myślą, że już nigdy go nie zobaczę.
Czas leczy rany — mówią. Ale to nieprawda. Czas tylko uczy żyć z bólem. Dzieci dorastały, ja próbowałam układać sobie życie na nowo. Byli adoratorzy, ale żaden nie potrafił wypełnić pustki po Marku. Każdego dnia patrzyłam na drzwi z nadzieją, że może dziś wróci.
Minęło siedem lat od jego zniknięcia. Pewnego dnia w tramwaju zobaczyłam twarz, która śniła mi się po nocach. To był on — Marek! Siedział naprzeciwko mnie, starszy, siwiejący, ale to był on. Zamarłam. On też mnie zauważył i… spuścił wzrok.
Wysiadłam za nim na następnym przystanku. „Marek!” — krzyknęłam drżącym głosem. Odwrócił się powoli, jakby ważył każdy ruch.
— Zosiu…
— Jak mogłeś? — łzy napłynęły mi do oczu.
— Przepraszam… Nie mogłem inaczej…
— Co się stało? Dlaczego?
Zamilkł na chwilę, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem.
— Bałem się… Długów… Ludzi… Wszystkiego… Zaciągnąłem kredyty u niewłaściwych osób. Grozili mi… Tobie… Dzieciom… Musiałem zniknąć.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Przez lata żyłam w przekonaniu, że może nie żyje albo miał wypadek. A on po prostu uciekł.
— I co? Przez siedem lat nawet się nie odezwałeś? Pozwoliłeś nam cierpieć?
— Myślałem, że tak będzie lepiej…
— Lepiej dla kogo? Dla ciebie?
Stał przede mną obcy człowiek. Mój mąż — tchórz i egoista.
— Masz nową rodzinę? — zapytałam cicho.
Zawahał się.
— Tak… Mam syna…
Świat zawirował mi przed oczami.
— Więc to była ucieczka czy nowe życie?
Nie odpowiedział. Odszedł powoli w stronę parku, zostawiając mnie drugi raz — tym razem już na zawsze.
Wróciłam do domu jak w transie. Dzieci były już dorosłe, ale musiałam im powiedzieć prawdę. Syn wybuchnął gniewem: „Nie chcę go znać!” Córka płakała długo w moich ramionach.
Przez kolejne tygodnie próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam była wcześniej zauważyć sygnały? A może to po prostu los?
Dziś wiem jedno: samotność jest lepsza niż życie w kłamstwie. Lepiej być samemu niż czekać na kogoś, kto nigdy nie wróci.
Czasem patrzę przez okno i zastanawiam się: ile jeszcze kobiet czeka na powrót tych, którzy już dawno wybrali inną drogę? Czy warto wybaczać taką zdradę? Czy można jeszcze zaufać komuś po czymś takim?
Może nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania. Ale wiem jedno: jestem silniejsza niż myślałam.