„Nakup sobie sam i gotuj, nie będę cię już dłużej utrzymywać.”: Mój krzyk o szacunek w małżeństwie, które przestało być partnerstwem
— Nakup sobie sam i gotuj, nie będę cię już dłużej utrzymywać — powiedziałam to z taką siłą, że aż sama się przestraszyłam własnego głosu. Stałam w kuchni, z rękami mokrymi od zmywania naczyń, a Andrzej patrzył na mnie z niedowierzaniem. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz się roześmieje, jakby to był żart. Ale nie zaśmiał się. Zamiast tego odwrócił wzrok i wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami.
To był zwykły czwartek. Dzieci już spały, a ja po raz kolejny sprzątałam po kolacji, którą sama ugotowałam z zakupów, które sama zrobiłam po pracy. Andrzej od miesięcy był bezrobotny. Najpierw mówił, że to tylko chwilowe, potem że rynek jest trudny, a na końcu przestał mówić cokolwiek. Siedział całymi dniami przed komputerem, czasem wysyłał jakieś CV, częściej jednak grał w gry albo oglądał seriale. Ja pracowałam na dwa etaty — w biurze i w domu.
Nie wiem, kiedy zaczęłam czuć do niego żal. Może wtedy, gdy po raz pierwszy poprosiłam go o pomoc przy dzieciach, a on powiedział: „Jestem zmęczony”. Albo wtedy, gdy musiałam tłumaczyć się przed teściową, dlaczego Andrzej nie pracuje. „On szuka pracy”, mówiłam z wymuszonym uśmiechem. Ale prawda była taka, że przestał szukać czegokolwiek — nawet mnie.
Tamtego wieczoru nie mogłam już dłużej udawać. Wylało się ze mnie wszystko: frustracja, rozczarowanie, samotność. Przez lata byłam tą silną — ogarniałam dom, dzieci, finanse. Andrzej coraz bardziej znikał z naszego życia. Zamiast partnera miałam współlokatora.
Następnego dnia rano wstałam wcześniej niż zwykle. W kuchni panowała cisza. Na stole leżała kartka: „Nie wiem, co mam robić. Andrzej”. Przez chwilę poczułam ulgę — może wreszcie coś się zmieni? Ale zaraz potem przyszło poczucie winy. Czy byłam zbyt ostra? Czy powinnam była jeszcze poczekać?
W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka zapytała: — Wszystko w porządku? — Pokiwałam głową, ale oczy miałam pełne łez. W domu czekała mnie cisza i pustka.
Wieczorem Andrzej wrócił. Bez słowa poszedł do pokoju dzieci i pocałował je na dobranoc. Potem usiadł naprzeciwko mnie w kuchni.
— Chcesz rozwodu? — zapytał cicho.
Zatkało mnie. Nie myślałam o tym wprost, ale może właśnie do tego zmierzało nasze życie?
— Chcę… żebyś był ze mną naprawdę — powiedziałam drżącym głosem. — Żebyś był ojcem dla naszych dzieci i partnerem dla mnie. Nie mogę już wszystkiego dźwigać sama.
Andrzej spuścił głowę.
— Przepraszam — wyszeptał. — Nie wiem, jak to się stało. Najpierw straciłem pracę, potem siebie… Czułem się bezużyteczny.
— A ja czułam się niewidzialna — odpowiedziałam.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak cienie. Andrzej zaczął wychodzić z domu — szukał pracy naprawdę. Przynosił ogłoszenia, rozmawiał przez telefon. Ja starałam się nie patrzeć na niego przez pryzmat żalu, ale to było trudne.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem na kanapie.
— Pamiętasz nasze początki? — zapytał nagle Andrzej.
Pamiętałam aż za dobrze: studenckie imprezy, wspólne marzenia o domu z ogródkiem, śmiech do łez przy tanim winie. Gdzie to wszystko się podziało?
— Chciałem być dla ciebie kimś ważnym — powiedział cicho. — Ale kiedy straciłem pracę, poczułem się nikim.
— A ja chciałam być dla ciebie wsparciem — odpowiedziałam — ale nie umiałam już dłużej udawać, że wszystko jest dobrze.
Wtedy po raz pierwszy od miesięcy przytulił mnie tak mocno jak kiedyś.
Kolejne tygodnie były trudne. Andrzej znalazł dorywczą pracę na budowie — nie była to praca marzeń, ale wracał zmęczony i… obecny. Zaczął gotować obiady dla dzieci i robić zakupy. Ja pozwoliłam sobie na słabość — czasem płakałam przy nim bez powodu.
Teściowa zadzwoniła z pretensjami:
— Co ty mu zrobiłaś? On taki zmieniony…
— Może po prostu dorósł — odpowiedziałam spokojnie.
Dzieci zauważyły zmianę:
— Tata się z nami bawi! — krzyczała Zosia.
— Tata zrobił naleśniki! — chwalił się Kuba w przedszkolu.
Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim: o rachunkach, o marzeniach, o strachu przed przyszłością. Były kłótnie i łzy, ale też śmiech i czułość.
Czasem myślę o tamtym wieczorze w kuchni jak o końcu świata i początku nowego życia jednocześnie. Musiałam krzyknąć „dość”, żebyśmy oboje usłyszeli siebie nawzajem.
Czy miłość zawsze wymaga poświęcenia? A może czasem trzeba postawić granicę, żeby ocalić siebie i tych, których kochamy?