„O 7 rano przyniosłam do dzieci świeże jedzenie, ale mój syn mi nawet nie podziękował, tylko wyrzucił mnie za drzwi”: Historia matki, która czuje się wypchnięta z życia własnego dziecka
— Mamo, nie możesz tak po prostu przychodzić o świcie! — głos Michała, mojego jedynego syna, odbił się echem w ciasnym przedpokoju. Stałam tam z torbą pełną świeżych bułek, domowego pasztetu i słoikiem zupy pomidorowej, którą gotowałam do późna, żeby rano była jeszcze ciepła. Była siódma rano, a ja już od szóstej krzątałam się w kuchni, żeby zdążyć przed wyjściem Michała do pracy i zanim wnuczka, mała Zosia, pójdzie do przedszkola.
— Przecież zawsze mówiłeś, że lubisz moje jedzenie… — zaczęłam nieśmiało, ale Michał tylko westchnął i spojrzał na mnie z irytacją, jakiej nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
— Mamo, proszę cię, nie rób tego więcej. Agnieszka nie chce, żebyś przychodziła bez zapowiedzi. Mamy swoje życie, rozumiesz? — powiedział, a ja poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi zamknęły się za mną. Stałam na klatce schodowej, ściskając torbę, której zawartość nagle wydała mi się zupełnie niepotrzebna. Przez chwilę miałam ochotę zapukać jeszcze raz, wyjaśnić, że przecież robię to z miłości, że zawsze tak było, że przecież jestem matką. Ale coś mnie powstrzymało. Może duma, a może strach przed kolejnym upokorzeniem.
Wracałam do domu powoli, z każdym krokiem czując coraz większy ciężar na sercu. Przed oczami miałam obrazy z przeszłości: Michał jako mały chłopiec, jak tulił się do mnie po koszmarze, jak razem piekliśmy pierniki na święta, jak płakał, gdy pierwszy raz poszedł do przedszkola. Przysięgłam sobie wtedy, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się samotnym, tak jak ja czułam się przez większość dzieciństwa. Moja mama była zimna, nieobecna, zawsze zajęta sobą. Ja chciałam być inna.
Kiedy Michał dorastał, robiłam wszystko, żeby miał lepiej niż ja. Z mężem, Andrzejem, pracowaliśmy na dwie zmiany, żeby niczego mu nie brakowało. Nie jeździliśmy na wakacje, nie kupowaliśmy sobie nowych rzeczy, wszystko szło na Michała. Kiedy dostał się na studia w Warszawie, płakałam z dumy i strachu, że odejdzie. Ale wrócił, znalazł pracę, poznał Agnieszkę.
Agnieszka… Od początku czułam, że mnie nie lubi. Była uprzejma, ale chłodna. Nigdy nie zaproponowała, żebym została na dłużej, zawsze patrzyła na zegarek, gdy przychodziłam. Michał się zmienił. Coraz rzadziej dzwonił, coraz rzadziej pytał, jak się czuję. Odkąd urodziła się Zosia, miałam nadzieję, że wszystko się zmieni, że będę mogła być babcią, pomagać, być częścią ich życia. Ale Agnieszka wyraźnie dawała mi do zrozumienia, że nie jestem mile widziana.
— Mamo, nie przesadzaj, Agnieszka jest po prostu zmęczona — tłumaczył Michał, gdy próbowałam z nim o tym rozmawiać. — Daj nam trochę przestrzeni.
Ale jak mam dać przestrzeń, skoro całe moje życie kręciło się wokół niego? Andrzej próbował mnie pocieszać, mówił, żebym zajęła się sobą, poszła na jogę, spotkała się z koleżankami. Ale ja nie mam koleżanek. Całe życie poświęciłam rodzinie. Teraz, kiedy najbardziej ich potrzebuję, zostałam sama.
Wczoraj wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak Andrzej przewraca się z boku na bok. — Może powinnaś dać im spokój, Marysiu — powiedział cicho. — Michał jest dorosły, ma swoją rodzinę. Musisz to zaakceptować.
Ale jak mam zaakceptować to, że jestem nikomu niepotrzebna? Że moje miejsce przy stole zajęła inna kobieta, która nie chce mnie w swoim życiu? Przecież nie chcę im przeszkadzać, tylko pomóc. Przecież to normalne, że matka troszczy się o swoje dziecko, nawet jeśli ma już własne dzieci.
Dziś rano, kiedy wróciłam do domu, usiadłam przy stole i rozpłakałam się jak dziecko. Andrzej objął mnie, ale czułam, że nawet on nie rozumie mojego bólu. Przez cały dzień nie mogłam się na niczym skupić. Wpatrywałam się w telefon, czekając na wiadomość od Michała. Może zadzwoni, przeprosi, powie, że przesadził. Ale telefon milczał.
Wieczorem zadzwoniła moja siostra, Basia. — Marysia, musisz się ogarnąć. Wiem, że ci ciężko, ale nie możesz żyć tylko dla Michała. On ma swoje życie. Ty też musisz mieć swoje.
— Ale ja nie umiem — wyszeptałam. — Nie wiem, jak to zrobić.
Basia westchnęła. — Zacznij od małych rzeczy. Idź na spacer, zapisz się na jakieś zajęcia. Przestań gotować dla nich, gotuj dla siebie. Pomyśl, czego ty chcesz.
Przez chwilę pomyślałam, że może ma rację. Może naprawdę powinnam przestać się narzucać. Ale jak mam przestać być matką? Jak mam przestać kochać?
Następnego dnia postanowiłam nie dzwonić do Michała. Zamiast tego poszłam do parku, usiadłam na ławce i patrzyłam na bawiące się dzieci. Przypomniałam sobie, jak Michał był mały, jak biegał po tym samym parku, jak śmiał się, gdy gonił gołąbki. Poczułam ukłucie żalu, ale też jakąś dziwną ulgę. Może czas naprawdę pozwolić mu odejść. Może czas pomyśleć o sobie.
Wieczorem Michał zadzwonił. — Mamo, przepraszam, że tak na ciebie nakrzyczałem. Po prostu… Agnieszka jest bardzo zmęczona, a ja też mam dużo na głowie. Nie chcemy cię ranić, ale musimy mieć trochę prywatności. Rozumiesz?
— Rozumiem, Michałku — odpowiedziałam cicho, choć serce mi pękało. — Chcę tylko, żebyście byli szczęśliwi.
Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Z jednej strony czułam ulgę, że Michał się odezwał, z drugiej — pustkę, której nie potrafię wypełnić. Czy naprawdę jestem już tylko przeszkodą w ich życiu? Czy matka powinna umieć odejść na bok, kiedy dziecko dorasta? Czy to znaczy, że już nie jestem potrzebna?
Może powinnam nauczyć się żyć dla siebie. Ale jak to zrobić, kiedy całe życie byłam tylko matką? Czy wy też kiedyś czuliście się niepotrzebni własnym dzieciom? Jak sobie z tym poradziliście?