„Oddałam mamie samochód, a ona pozwoliła bratu go rozbić – teraz jestem tą złą?”
– Mamo, tylko proszę, niech nikt poza tobą nie jeździ moim samochodem. Wiesz, jak długo na niego zbierałam – powiedziałam, wręczając jej kluczyki. Było już późno, a ja musiałam wyjechać na kilka dni służbowo do Wrocławia. Mama pokiwała głową, nawet nie patrząc mi w oczy. – Oczywiście, Martyna, przecież wiem.
Nie minęły dwa dni. Telefon zadzwonił o 7:30 rano. Zaspana odebrałam, słysząc w słuchawce głos mojego brata, Pawła. – Martyna… tylko się nie denerwuj…
Już wiedziałam. Zanim skończył mówić, serce waliło mi jak młotem. – Co się stało z samochodem? – przerwałam mu ostro.
– No… miałem stłuczkę. Nic mi nie jest, ale auto trochę ucierpiało. Przepraszam, naprawdę…
Wybiegłam z hotelu jak poparzona. Dzwoniłam do mamy, ale nie odbierała. Dopiero po godzinie oddzwoniła, głosem pełnym pretensji: – Martyna, nie przesadzaj. To tylko samochód. Paweł potrzebował podjechać do lekarza, a ty przecież i tak nie korzystasz z auta.
Wtedy puściły mi nerwy. Krzyczałam przez telefon, że to mój samochód, że prosiłam ją wyraźnie, żeby nikt poza nią go nie ruszał. Mama się rozłączyła.
Wieczorem zadzwonił Paweł. – Oddam ci pieniądze za naprawę, obiecuję. Wiem, że zawaliłem. Ale mama jest na ciebie wściekła. Mówi, że przesadzasz i robisz z igły widły.
Siedziałam na łóżku w hotelowym pokoju i czułam się jak w potrzasku. Z jednej strony wiedziałam, że Paweł nie zrobił tego specjalnie. Ale z drugiej – ile razy już słyszałam te obietnice? Ile razy mama stawała po jego stronie?
Przypomniałam sobie dzieciństwo. To zawsze Paweł był tym „biednym chłopcem”, któremu trzeba pomagać. Ja byłam tą „zaradną”, więc oczekiwano ode mnie więcej wyrozumiałości. Gdy miałam 12 lat i zgubiłam rower, mama kazała mi go szukać przez trzy dni. Gdy Paweł rozbił szybę piłką, dostał tylko upomnienie.
Teraz historia się powtarzała. Znowu miałam być tą rozsądną, która „nie robi afery” i „rozumie sytuację”.
Po powrocie do domu atmosfera była lodowata. Mama nie odzywała się do mnie przez dwa dni. W końcu usiadłyśmy przy stole w kuchni.
– Martyna, nie rozumiem twojej reakcji – zaczęła chłodno. – Przecież to tylko samochód.
– To nie chodzi o samochód! – wybuchłam. – Chodzi o to, że zlekceważyłaś moją prośbę. Zawsze stajesz po stronie Pawła!
Mama spojrzała na mnie z wyrzutem. – On miał ważną sprawę! Ty zawsze jesteś taka zasadnicza…
– Bo nikt nie liczy się z moimi uczuciami! – łzy napłynęły mi do oczu. – Gdyby sytuacja była odwrotna i to ja rozbiłabym coś Pawła, już dawno byś mnie ochrzaniła!
Wyszłam z kuchni trzaskając drzwiami. Czułam się jak intruz we własnym domu.
Przez kolejne dni Paweł próbował mnie udobruchać SMS-ami: „Martyna, przepraszam”, „Zrobiłem przelew na część naprawy”. Ale to nie o pieniądze chodziło.
W pracy byłam rozkojarzona. Koleżanka zapytała: – Coś się stało? Wyglądasz na przybitą.
Opowiedziałam jej wszystko. Pokiwała głową ze współczuciem: – U mnie w domu było podobnie. Brat zawsze był oczkiem w głowie mamy…
Zaczęłam się zastanawiać: czy to ja jestem przewrażliwiona? Czy może naprawdę mam prawo czuć się zraniona?
Wieczorem usiadłam sama w pokoju i napisałam długi list do mamy. Nie miałam odwagi powiedzieć jej tego w twarz:
„Mamo,
Nie chodzi o samochód ani o pieniądze. Chodzi o to, że czuję się niewidzialna i mniej ważna od Pawła. Prosiłam cię o coś ważnego dla mnie, a ty to zignorowałaś. Chciałabym poczuć kiedyś, że moje potrzeby też są ważne.
Martyna”
Nie wiem, czy przeczytała ten list do końca. Następnego dnia zostawiła mi na stole kartkę: „Przepraszam za wszystko”.
Ale czy jedno przepraszam wystarczy? Czy można odbudować zaufanie po tylu latach bycia tą „drugą”?
Czasem patrzę na siebie w lustrze i pytam: ile jeszcze razy pozwolę innym przekraczać moje granice? Czy naprawdę jestem tą złą tylko dlatego, że upomniałam się o siebie?