Oddałam synowi dom, wyremontowałam go i kupiłam meble. Teraz jego żona chce go sprzedać – czy naprawdę wszystko robiłam na marne?
– Mamo, musimy porozmawiać – powiedział Tomek, stojąc w progu mojego mieszkania. W jego oczach widziałam niepokój, a w głosie wyczuwałam napięcie. Wiedziałam, że coś się dzieje, bo od kilku dni był dziwnie milczący przez telefon.
Usiadłam na kanapie, a on zajął miejsce naprzeciwko mnie. Przez chwilę milczeliśmy. W końcu odezwał się cicho:
– Ania… znaczy, Ania uważa, że powinniśmy sprzedać dom.
Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Dom, który przez lata był moim oczkiem w głowie. Dom, na który odkładałam każdy grosz od czasu, gdy Tomek miał pięć lat. Pracowałam wtedy na dwa etaty – rano w sklepie spożywczym, wieczorami sprzątałam biura. Wszystko po to, by kiedyś mógł mieć swoje miejsce na ziemi.
Pamiętam każdą cegłę tego domu. Każdy weekend spędzony na remoncie – zdzieranie tapet, malowanie ścian, układanie paneli. Pamiętam, jak Tomek pomagał mi nosić wiadra z farbą, jak śmialiśmy się, gdy pierwszy raz samodzielnie skręcał szafkę do kuchni. Kiedy w końcu się wprowadził z Anią, byłam szczęśliwa. Myślałam, że to będzie ich przystań.
– Dlaczego chcecie go sprzedać? – zapytałam cicho, walcząc ze łzami.
Tomek spuścił wzrok.
– Ania mówi, że dom jest za daleko od jej pracy. Że chciałaby mieszkać bliżej centrum. No i… – zawahał się – ona uważa, że powinniśmy zacząć wszystko od nowa. Na swoim.
Zacisnęłam dłonie na kolanach. „Na swoim” – powtarzałam w myślach. Czy to nie był właśnie ich dom? Czy nie oddałam im wszystkiego?
Przez kolejne dni nie mogłam spać. Wspomnienia wracały falami: pierwsza noc Tomka w nowym pokoju, zapach świeżo pomalowanych ścian, śmiech podczas rodzinnych obiadów. Czułam się zdradzona i niepotrzebna.
W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Ani.
– Aniu, czy możemy porozmawiać?
– Oczywiście, pani Zosiu – odpowiedziała chłodno.
Spotkałyśmy się w kawiarni niedaleko ich domu. Ania przyszła punktualnie, elegancka jak zawsze. Usiadła naprzeciwko mnie i spojrzała prosto w oczy.
– Chciałabym zrozumieć, dlaczego chcecie sprzedać dom – zaczęłam spokojnie.
Ania westchnęła.
– Pani Zosiu, to nie jest łatwa decyzja. Ale ja całe życie mieszkałam w mieście. Dojazdy do pracy zajmują mi dwie godziny dziennie. Tomek też narzeka na korki. Poza tym… ten dom jest pani. My chcemy mieć coś własnego.
Zabolało mnie to słowo: „pani”. Przecież oddałam im ten dom bez żadnych warunków. Kupiłam nowe meble, wyposażyłam kuchnię, nawet ogród urządziłam tak, jak Ania sobie wymarzyła.
– Ale to wasz dom – powiedziałam cicho.
– Formalnie tak – odpowiedziała Ania – ale ja nigdy nie czułam się tu u siebie. Wszystko tu pachnie panią Zosią: meble, zasłony, nawet filiżanki w kuchni.
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Przez kolejne tygodnie Tomek unikał rozmów na ten temat. Czułam się coraz bardziej samotna i niepotrzebna. Zaczęłam zastanawiać się, czy rzeczywiście popełniłam błąd, inwestując całe życie w syna.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie moja siostra Basia.
– Zosiu, musisz postawić granice! Przecież to twój dom! Nie pozwól im tak po prostu go sprzedać!
Ale czy naprawdę mogę? Przecież oddałam im wszystko z miłości. Czy mam teraz żądać zwrotu?
W końcu Tomek przyszedł do mnie sam.
– Mamo… przepraszam – powiedział drżącym głosem. – Nie chciałem cię zranić. Ale Ania jest nieszczęśliwa. Ja też zaczynam być zmęczony tymi dojazdami…
Popatrzyłam na niego długo.
– A co ze mną? – zapytałam cicho. – Czy moje uczucia już się nie liczą?
Tomek spuścił głowę.
– Mamo… zawsze będziesz dla mnie najważniejsza. Ale muszę też dbać o swoją rodzinę.
Wtedy zrozumiałam coś bolesnego: mój syn dorósł i ma własne życie. Moje poświęcenie było ważne – ale tylko do pewnego momentu. Teraz muszę nauczyć się odpuszczać.
Kilka dni później przyszli razem – Tomek i Ania. Usiadłyśmy we trójkę przy stole.
– Chcemy cię prosić o zgodę na sprzedaż domu – powiedziała Ania spokojnie. – Wiemy, ile dla pani znaczył…
Popatrzyłam na nich długo. Widziałam ich niepewność i nadzieję w oczach Tomka.
– Jeśli to was uszczęśliwi… zgadzam się – powiedziałam drżącym głosem.
Wyszli razem, trzymając się za ręce. Zostałam sama w pustym mieszkaniu i poczułam łzy spływające po policzkach.
Czy naprawdę wszystko robiłam na marne? Czy matczyna miłość ma termin ważności? A może czasem trzeba pozwolić dzieciom odejść i zacząć żyć własnym życiem?
Czy wy też kiedyś musieliście odpuścić coś dla dobra swoich dzieci? Jak sobie z tym poradziliście?