Pomogłam synowi spłacić kredyt na mieszkanie. Teraz słyszę: „To mój dom, nie twój” – czy naprawdę matka zasługuje na takie traktowanie?

– Mamo, możesz nie wtrącać się w moje sprawy? – głos Piotra był zimny, obcy. Stałam w kuchni, trzymając w ręku kubek z herbatą, który nagle wydał mi się zbyt ciężki. W powietrzu wisiało napięcie, które znałam aż za dobrze – to był ten rodzaj ciszy, która zapowiada burzę.

Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że nasze relacje mogą się tak skomplikować. Piotr zawsze był moim oczkiem w głowie. Po śmierci męża to ja byłam dla niego wszystkim – matką, ojcem, powierniczką. Kiedy zadzwonił do mnie tamtego wieczoru, z głosem drżącym od bezsilności, nie wahałam się ani chwili. „Mamo, bank grozi mi wypowiedzeniem umowy. Nie dam rady sam spłacać tej raty…”

Oddałam mu wszystkie oszczędności – pieniądze z mojej emerytury, trochę gotówki schowanej na czarną godzinę, nawet sprzedałam złotą obrączkę po twoim ojcu, Piotrusiu… Wszystko po to, żebyś nie musiał się martwić o dach nad głową. Wtedy nie myślałam o sobie. Byłam dumna, że mogę pomóc.

Przez kilka miesięcy mieszkałam u Piotra i jego żony Kasi. Miałam swój pokój, pomagałam w domu, gotowałam obiady dla wszystkich. Z wnuczką Zosią spędzałyśmy długie godziny na układaniu puzzli i czytaniu bajek. Czułam się potrzebna.

Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać. Kasia coraz częściej przewracała oczami, kiedy proponowałam swoje rozwiązania. Piotr zamykał się w sobie, unikał rozmów o pieniądzach. Pewnego dnia usłyszałam przez przypadek ich kłótnię:

– Twoja matka znowu wszystko ustawia po swojemu! – syknęła Kasia.
– Daj spokój, przecież to tylko na chwilę…
– Ta „chwila” trwa już pół roku!

Zrobiło mi się przykro. Przecież nie chciałam nikomu przeszkadzać. Chciałam tylko pomóc.

Zaczęłam więc wycofywać się coraz bardziej – przestałam gotować obiady, rzadziej wychodziłam z Zosią na spacer. Czułam się jak cień we własnym życiu. Aż do tego dnia, kiedy Piotr wrócił z pracy i zobaczył mnie przestawiającą kwiatki na parapecie.

– Mamo, mówiłem ci już: nie ruszaj tych rzeczy! To jest mój dom!

Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam złapać tchu.

– Twój dom? – wyszeptałam. – Myślałam, że jesteśmy rodziną…

Piotr spojrzał na mnie z wyrzutem:

– Doceniam to, co zrobiłaś… Ale to nie znaczy, że możesz decydować o wszystkim! To jest mój kredyt, moje życie!

Poczułam się jak intruz. Jakby cała moja pomoc nic nie znaczyła. Przez kolejne dni unikałam rozmów, zamykałam się w swoim pokoju. Nawet Zosia zauważyła zmianę:

– Babciu, dlaczego jesteś smutna?

Nie umiałam jej odpowiedzieć.

Wieczorami wracały do mnie wspomnienia: jak Piotr miał ospę i przez całą noc czuwałam przy jego łóżku; jak płakał po pierwszej miłości; jak trzymał mnie za rękę na pogrzebie ojca… Czy naprawdę zasłużyłam na to, by być traktowana jak zbędny mebel?

W końcu zebrałam się na odwagę i porozmawiałam z Piotrem:

– Synku… Czy naprawdę uważasz, że nie mam prawa do własnego zdania w tym domu?

Piotr spuścił wzrok:

– Mamo… To nie tak… Po prostu… Chcemy mieć trochę prywatności.

– Prywatność? A co ze mną? Oddałam ci wszystko! Nawet obrączkę po twoim ojcu…

Widziałam łzy w jego oczach, ale nie potrafił ich powstrzymać.

– Przepraszam… Nie wiem, jak to naprawić.

Nie odpowiedziałam. Wyszłam na balkon i patrzyłam na światła miasta. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

Od tamtej pory nasze relacje są chłodne. Pomagam tyle, ile mogę, ale już nie czuję się częścią tej rodziny. Czasem myślę: może powinnam była zostawić te pieniądze dla siebie? Może wtedy miałabym chociaż poczucie godności?

Czy naprawdę matka zasługuje na to, by być gościem w domu własnego dziecka? Czy pomoc zawsze musi oznaczać utratę szacunku? Może to ja popełniłam błąd… Ale czy naprawdę na to zasłużyłam?