„Spakuj się i zamieszkaj z nami!” – czyli jak moja teściowa zrujnowała nasze małżeństwo po narodzinach dziecka
— Spakuj się i zamieszkaj z nami! — głos pani Haliny, mojej teściowej, rozbrzmiał w kuchni jak wyrok. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w pianie, a w głowie miałam tylko jedno: „To nie może się dziać naprawdę”. Ale działo się. Mój mąż, Tomek, stał obok niej, spuszczając wzrok na podłogę. Nasz miesięczny synek spał w pokoju obok, a ja czułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Jeszcze kilka tygodni temu byłam pewna, że narodziny dziecka będą dla nas nowym początkiem. Marzyłam o spokojnych wieczorach, o wspólnych spacerach po parku, o tym, że będziemy rodziną. Ale wszystko zaczęło się psuć już w szpitalu. Pani Halina pojawiła się pierwszego dnia po porodzie z torbą pełną domowych obiadów i naręczem porad. — Musisz jeść rosół, inaczej nie będziesz miała mleka — mówiła stanowczo, ignorując moje protesty. — Dziecko nie może spać przy otwartym oknie! — krzyczała na Tomka, gdy próbował przewietrzyć pokój.
Wróciliśmy do domu i przez pierwsze dni próbowałam być wdzięczna za jej pomoc. Ale szybko okazało się, że jej obecność to nie wsparcie, tylko kontrola. Pojawiała się codziennie rano, czasem nawet przed nami wstawała. Przynosiła zakupy, gotowała obiady, ale przy okazji komentowała każdy mój ruch. — Tak trzymasz dziecko? Przecież ono zaraz ci wypadnie! — rzucała z pogardą. — Ty naprawdę nie umiesz gotować ziemniaków? — śmiała się głośno, kiedy przypaliłam garnek.
Tomek milczał. Próbowałam z nim rozmawiać, ale tylko wzruszał ramionami. — Mama chce dobrze — powtarzał jak mantrę. Czułam się coraz bardziej samotna we własnym domu. Zaczęłam unikać kuchni, bo tam zawsze była ona. Zamykałam się z synkiem w sypialni i płakałam po cichu.
Pewnego dnia pani Halina przyszła z walizką. — Zostanę na kilka dni, żeby ci pomóc — oznajmiła bez pytania. Tomek nawet nie zaprotestował. Przez kolejne tygodnie czułam się jak gość w swoim domu. Nie mogłam nawet nakarmić synka bez jej uwag. — Daj mi go, ty nie masz do tego cierpliwości — mówiła i wyrywała mi dziecko z rąk.
Zaczęły się kłótnie. Najpierw ciche sprzeczki z Tomkiem, potem coraz głośniejsze awantury. — To moja matka! — krzyczał na mnie pewnego wieczoru. — Gdyby nie ona, nie dalibyśmy sobie rady! — A ja? Ja się nie liczę? — płakałam.
W końcu przyszedł ten dzień. Siedzieliśmy przy stole w kuchni: ja, Tomek i pani Halina. Ona mówiła spokojnym głosem: — Spakuj się i zamieszkaj z nami. U nas będzie ci łatwiej, będę ci pomagać cały czas. Tomek milczał. Spojrzałam na niego błagalnie, ale nie podniósł wzroku.
Nie zgodziłam się. Powiedziałam „nie” najgłośniej jak potrafiłam. Wtedy zaczęło się piekło. Pani Halina obraziła się na mnie na dobre. Tomek coraz częściej wychodził z domu, wracał późno i unikał rozmów. Zaczęły się plotki w rodzinie: że jestem niewdzięczna, że nie szanuję starszych.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Tomka z matką przez zamknięte drzwi sypialni:
— Ona sobie nie radzi…
— Mówiłam ci! Trzeba było od razu ją do nas zabrać.
— Może… Może rzeczywiście tak będzie lepiej.
Wtedy poczułam, że przegrywam walkę o własne życie.
Po kilku miesiącach Tomek spakował walizkę i wyszedł. Zostawił mnie samą z dzieckiem i tysiącem pytań bez odpowiedzi. Pani Halina zadzwoniła jeszcze raz: — Widzisz? Mówiłam ci, że tak będzie…
Dziś jestem sama. Mój synek śpi spokojnie obok mnie, a ja zastanawiam się nad wszystkim od nowa. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy powinnam była ustąpić? Czy kiedykolwiek odzyskam spokój?
Może ktoś z was miał podobnie? Czy można wygrać z czyjąś matką i ocalić własną rodzinę?