W dzień mojego przejścia na emeryturę mąż oznajmił: „Wyprowadzam się. Zasługuję na nowe życie”

Weszłam do mieszkania z naręczem kwiatów, które ledwo mieściły się w ramionach. Pachniały wiosną, a ja czułam się lekka jak piórko – w końcu pożegnałam się z pracą, która przez 34 lata była moim drugim domem. Koleżanki ściskały mnie, życzyły wszystkiego najlepszego, a ja, choć łzy cisnęły się do oczu, czułam dumę i ulgę. Wreszcie będę miała czas dla siebie, dla rodziny, dla Marka.

Zastałam go w kuchni. Siedział przy stole, wpatrzony w filiżankę kawy. Zawsze był powściągliwy, ale tym razem jego twarz była jak z kamienia. „Cześć, Marek! Zobacz, co dostałam!” – zawołałam, pokazując bukiet. Uśmiechnął się blado, nie podnosząc wzroku. „Musimy porozmawiać, Aniu” – powiedział cicho. Zamarłam. „O czym?” – zapytałam, próbując zachować lekkość w głosie. „Wyprowadzam się. Zasługuję na nowe życie.”

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak ołów. Przez chwilę myślałam, że to żart. „Co ty mówisz? Przecież… przecież dziś…” – głos mi się załamał. Marek wstał, odsunął krzesło. „Nie chcę już tak żyć. Potrzebuję czegoś innego. Przepraszam, Aniu. To nie twoja wina. Po prostu… muszę spróbować jeszcze raz.”

Wszystko, co znałam, rozsypało się w jednej chwili. Przez lata żyliśmy spokojnie, bez wielkich uniesień, ale też bez większych kłótni. Myślałam, że to wystarczy. Że po przejściu na emeryturę będziemy razem podróżować, chodzić na spacery, może wreszcie odwiedzimy Mazury, o których tyle marzyliśmy. Tymczasem on już spakował walizkę. „Gdzie pójdziesz?” – zapytałam, choć odpowiedź była mi obojętna. „Do Ewy. Od dawna jesteśmy razem. Przepraszam.”

Ewa. Nasza sąsiadka z trzeciego piętra. Zawsze uśmiechnięta, zawsze gotowa pomóc. Przypomniałam sobie, jak kilka miesięcy temu Marek zaczął częściej wychodzić wieczorami, tłumacząc się spacerami. Jak Ewa przynosiła nam ciasto, a ja śmiałam się, że powinna otworzyć cukiernię. Jak patrzyli na siebie, gdy myśleli, że nie widzę. Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce.

Nie pamiętam, jak minęły kolejne godziny. Siedziałam na kanapie, wpatrzona w ścianę, a łzy płynęły same. Telefon dzwonił – to córka, Magda. „Mamo, jak było na pożegnaniu?” – zapytała radośnie. Nie potrafiłam odpowiedzieć. „Dobrze, kochanie. Wszystko dobrze” – skłamałam, bo nie chciałam jej martwić.

Noc była najgorsza. Każdy dźwięk w pustym mieszkaniu przypominał mi o Marku. O tym, jak przez lata dzieliliśmy się obowiązkami, jak wspólnie przeżywaliśmy święta, jak cieszyliśmy się narodzinami wnuczki. Teraz zostałam sama. Próbowałam zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo poświęciłam się pracy? Czy powinnam była częściej rozmawiać z Markiem, pytać, czego mu brakuje?

Rano zadzwoniła Magda. „Mamo, słyszałam od taty…” – zaczęła niepewnie. „Nie chcę o tym rozmawiać” – przerwałam jej, ale głos mi się załamał. Magda przyjechała po godzinie. Przytuliła mnie mocno. „Mamo, dasz sobie radę. Jesteś silniejsza, niż myślisz.”

Przez kolejne dni żyłam jak w transie. Sąsiedzi patrzyli na mnie ze współczuciem, niektórzy unikali wzroku. Ewa przestała się pokazywać na klatce. Czułam się upokorzona, zdradzona, niepotrzebna. Nawet kwiaty z pracy zwiędły szybciej niż zwykle.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie Basia, koleżanka z pracy. „Anka, nie możesz się poddać. Chodź z nami na nordic walking!” – namawiała. Nie miałam siły, ale poszłam. Na pierwszym spacerze milczałam, słuchałam tylko śmiechu innych kobiet. Zazdrościłam im beztroski, ale z czasem zaczęłam się otwierać. Opowiedziałam im o Marku, o Ewie, o tym, jak bardzo boli samotność. „To nie twoja wina” – powtarzały. „On stracił więcej.”

Zaczęłam powoli wracać do życia. Zapisałam się na kurs malarstwa, o którym zawsze marzyłam. Odwiedzałam Magdę i wnuczkę, choć za każdym razem, gdy widziałam szczęśliwą rodzinę, czułam ukłucie zazdrości i żalu. Przestałam unikać ludzi. Zaczęłam rozmawiać z sąsiadami, nawet z tymi, którzy wcześniej tylko się kłaniali.

Pewnego dnia spotkałam Marka na klatce. Wyglądał na zmęczonego, starszego niż pamiętałam. „Aniu, chciałem cię przeprosić…” – zaczął. „Nie musisz” – przerwałam mu. „Już nie musisz. Życzę ci szczęścia, Marek. Naprawdę.”

Wieczorem siedziałam przy oknie, patrząc na rozświetlone miasto. Myślałam o tym, jak łatwo można stracić wszystko, co wydawało się pewne. Jak trudno jest zacząć od nowa, gdy ma się ponad pięćdziesiąt lat. Ale też, jak bardzo można się zmienić, jeśli tylko się odważy.

Czy naprawdę można być szczęśliwym po zdradzie? Czy samotność to wyrok, czy może szansa na nowe życie? Może to właśnie teraz jest mój czas, by wreszcie pomyśleć o sobie? Co wy o tym sądzicie?