„Wstań i zrób mi kawę!” – Jak mój szwagier zrujnował nasz rodzinny weekend i dlaczego nie potrafię wybaczyć mężowi

– Wstań i zrób mi kawę! – usłyszałam głos Pawła, mojego szwagra, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć oczy. Była sobota, 6:30 rano. Przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko sen, ale kiedy usłyszałam, jak stuka filiżanką o blat w kuchni, wiedziałam, że to rzeczywistość. Przez uchylone drzwi widziałam, jak mój mąż Michał przewraca się na drugi bok i udaje, że nie słyszy.

Zacisnęłam powieki. „To tylko dwa tygodnie” – powtarzałam sobie od momentu, gdy Michał oznajmił mi, że jego brat musi się u nas zatrzymać. „Tylko dwa tygodnie, a potem wszystko wróci do normy.” Ale już po trzech dniach czułam się jak intruz we własnym domu.

Paweł był starszy od Michała o pięć lat i zawsze miał w sobie coś z tyrana. Kiedyś wydawało mi się to nawet zabawne – jego głośny śmiech, pewność siebie, żarty na granicy dobrego smaku. Ale teraz, kiedy siedział w naszym salonie w samych bokserkach, rozrzucając skarpetki po całym mieszkaniu i oczekując obsługi jak w hotelu, nie widziałam w tym nic śmiesznego.

– Magda, a masz może jakieś lepsze mleko? To jest jakieś odtłuszczone – rzucił Paweł z kuchni.

– Nie mam – odpowiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Jeśli chcesz inne, możesz sobie kupić.

– Oho! – zaśmiał się. – Ktoś tu ma zły humor od rana. Michał, co ty jej zrobiłeś?

Michał tylko wzruszył ramionami i schował się za gazetą. Wtedy poczułam pierwszą falę żalu – nie do Pawła, ale do własnego męża. Dlaczego nie potrafi postawić granic? Dlaczego pozwala bratu traktować mnie jak służącą?

Przez kolejne dni sytuacja tylko się pogarszała. Paweł zostawiał brudne naczynia w zlewie, rozkładał swoje rzeczy po całym mieszkaniu i bez skrupułów komentował wszystko: od mojego gotowania po sposób, w jaki wychowuję dzieci.

– Twoja Zosia za dużo siedzi przy tablecie – rzucił pewnego wieczoru. – Za moich czasów dzieci biegały po podwórku.

Zosia spojrzała na mnie niepewnie. Miałam ochotę wykrzyczeć Pawłowi prosto w twarz, że nie ma prawa oceniać mojego życia ani moich dzieci. Ale zamiast tego przełknęłam ślinę i wyszłam do łazienki. Tam pozwoliłam sobie na kilka łez.

Wieczorem próbowałam porozmawiać z Michałem.

– Michał, musisz coś zrobić. Nie mogę tak żyć przez dwa tygodnie. On mnie traktuje jak powietrze albo gorzej – jak służącą!

Michał westchnął ciężko.

– Magda, to tylko dwa tygodnie. Paweł ma teraz trudny czas…

– A ja? Ja nie mam trudnego czasu? To jest mój dom! – głos mi się załamał.

Michał spojrzał na mnie bezradnie. Widziałam w jego oczach zmęczenie i poczucie winy, ale nie zrobił nic. Następnego dnia Paweł znów poprosił mnie o kawę.

Zaczęłam unikać własnego salonu. Chodziłam do pracy wcześniej niż zwykle i wracałam później. Dzieci pytały mnie, dlaczego jestem smutna. Zosia przytulała się do mnie wieczorami i szeptała: „Mamo, kiedy ten pan już pójdzie?”

W piątek wieczorem Paweł urządził sobie imprezę z kolegami. Wróciłam do domu po dwudziestej drugiej i zobaczyłam rozlane piwo na dywanie oraz popielniczkę pełną petów na stole. Michała nie było – wyszedł z dziećmi do kina, żeby „dać Pawłowi trochę przestrzeni”.

Wtedy coś we mnie pękło. Zaczęłam zbierać butelki i talerze, a potem usiadłam na podłodze i rozpłakałam się jak dziecko. Po raz pierwszy poczułam się naprawdę samotna we własnym domu.

Kiedy Michał wrócił z dziećmi, zobaczył mnie zapuchniętą od płaczu.

– Magda…

– Nie chcę już tak żyć – powiedziałam cicho. – Albo ty postawisz granice swojemu bratu, albo ja wyjdę z dziećmi na te dwa tygodnie.

Michał milczał długo. W końcu powiedział:

– Dobrze. Porozmawiam z nim jutro rano.

Nie spałam tej nocy prawie wcale. Rano usłyszałam podniesione głosy w kuchni.

– Paweł, musisz się ogarnąć! To nie jest hotel! Magda nie jest twoją służącą!

Paweł wybuchnął śmiechem:

– O co ci chodzi? Przecież nic złego nie robię! To ona ma problem!

Wyszłam do kuchni i spojrzałam mu prosto w oczy.

– Tak, mam problem. I tym problemem jesteś ty.

Paweł spakował się tego samego dnia. Michał próbował mnie przytulić, ale odsunęłam się.

Od tamtej pory minęły trzy tygodnie. Wciąż czuję żal do Michała – za to, że pozwolił mi cierpieć we własnym domu, za to, że nie stanął po mojej stronie od razu. Nasze relacje są napięte jak nigdy wcześniej.

Czasem patrzę na niego i pytam siebie: czy naprawdę można wybaczyć komuś brak wsparcia wtedy, kiedy najbardziej go potrzebujemy? Czy rodzina zawsze musi być ważniejsza niż własne granice?