Zaufanie, które mnie zrujnowało – historia o miłości, zdradzie i sile przetrwania

– Naprawdę myślisz, że to wszystko moja wina? – Marek patrzył na mnie z tym swoim chłodnym spokojem, którego kiedyś tak bardzo zazdrościłam. Teraz czułam, jakby ktoś wbijał mi nóż prosto w serce.

– Nie twoja? – głos mi drżał. – Przez lata robiłam wszystko, żebyś mógł spełniać swoje marzenia. Zostawiłam własne ambicje, żebyś ty mógł budować firmę. A teraz… zostawiasz mnie z długami i nawet nie masz odwagi spojrzeć mi w oczy?

Marek wzruszył ramionami. – Tak czasem bywa. Każdy musi zadbać o siebie.

To był moment, w którym świat mi się zawalił. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wierzyłam, że jesteśmy nierozłączni. Że razem przetrwamy wszystko. Przecież tak było od początku.

Kiedy Marek po raz pierwszy powiedział mi o swoim pomyśle na firmę, miałam dwadzieścia cztery lata i świeżo obroniony dyplom ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim. Mogłam iść do banku albo korporacji – miałam propozycje pracy, nawet nie najgorsze. Ale on patrzył na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami i mówił: „Zosia, razem możemy wszystko”.

Wierzyłam mu. Wierzyłam nam.

Zaczynaliśmy od zera. Małe biuro w wynajętym lokalu na Pradze, stare biurko pożyczone od jego ciotki i komputer, który ledwo zipał. Ja prowadziłam księgowość, on jeździł do klientów. Pracowaliśmy po dwanaście godzin dziennie, czasem więcej. Nie mieliśmy umów – przecież byliśmy rodziną. Wszystko było „na gębę”, bo przecież „po co papiery między nami?”.

Pamiętam pierwszą większą wypłatę – świętowaliśmy ją szampanem za trzydzieści złotych i pizzą z pobliskiej pizzerii. Byliśmy szczęśliwi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że szczęście może być takie kruche.

Lata mijały. Firma rosła, zatrudnialiśmy ludzi. Ja coraz częściej zostawałam po godzinach, bo Marek miał coraz więcej spotkań „po pracy”. Tłumaczył się: „Muszę budować kontakty”. Ja tłumaczyłam go przed pracownikami i klientami. W domu coraz częściej bywało cicho.

Zaczęły się kłótnie. Najpierw o drobiazgi – kto odbierze dzieci z przedszkola, kto zrobi zakupy. Potem o pieniądze. Marek coraz częściej znikał na całe wieczory. Raz znalazłam w jego telefonie wiadomość od jakiejś Magdy: „Dziękuję za cudowny wieczór”. Zapytałam go o to – wyśmiał mnie.

– Zosia, nie bądź dziecinna. To tylko klientka.

Chciałam wierzyć, że mówi prawdę. Ale coś we mnie pękło.

Pewnego dnia przyszło pismo z banku – wezwanie do zapłaty raty kredytu firmowego. Było na moje nazwisko. Zdziwiłam się – przecież to Marek zajmował się finansami firmy od dwóch lat. Zadzwoniłam do niego.

– O co chodzi z tym kredytem? – zapytałam.

– Musiałem coś podpisać na ciebie, bo miałem już za dużo zobowiązań na siebie – odpowiedział bez cienia skruchy.

– Nawet mnie nie zapytałeś?

– Przecież jesteśmy małżeństwem. Co za różnica?

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek końca.

Kilka tygodni później Marek przestał wracać do domu na noc. Dzieci pytały: „Gdzie tata?”. Odpowiadałam wymijająco: „Ma dużo pracy”. W końcu przyszedł do domu spakować rzeczy.

– Odchodzę – powiedział bez emocji. – Tak będzie lepiej dla nas wszystkich.

– Dla nas? Czy dla ciebie?

Nie odpowiedział.

Zostałam sama z dwójką dzieci i stertą długów. Firma upadła kilka miesięcy później – Marek wycofał się wcześniej, zostawiając mnie jako jedyną właścicielkę i poręczycielkę wszystkich kredytów.

Przez pierwsze tygodnie nie mogłam spać. Budziłam się w środku nocy zlana potem, myśląc o tym, jak zapłacę rachunki, co powiem dzieciom, jak poradzę sobie sama. Rodzina Marka odwróciła się ode mnie – twierdzili, że „to moja wina”, bo „nie potrafiłam utrzymać rodziny”. Moja matka płakała przez telefon: „Zosiu, wracaj do domu”. Ale ja nie chciałam wracać jako przegrana.

Próbowałam znaleźć pracę – nikt nie chciał zatrudnić trzydziestopięcioletniej kobiety z dwójką dzieci i historią upadłości gospodarczej. Wysyłałam CV wszędzie – do sklepów, do biur rachunkowych, nawet do sprzątania biur nocą. Czułam się upokorzona.

Najgorsze były rozmowy z dziećmi:

– Mamo, kiedy tata wróci?
– Nie wiem, kochanie…
– Czy tata nas już nie kocha?
– Tata was kocha… tylko czasem dorośli robią głupie rzeczy.

Pewnego dnia zadzwoniła Magda – ta sama Magda od wiadomości w telefonie Marka.

– Zosiu… wiem, że to wszystko jest trudne…

– Czego chcesz? – syknęłam przez łzy.

– Marek… on… on jest ze mną teraz. Ale chciałam ci powiedzieć… on zostawił mnie dokładnie tak samo jak ciebie. Z długami i bez słowa wyjaśnienia.

Poczułam dziwną ulgę i współczucie jednocześnie. Może nie byłam jedyna w tej tragedii?

Minęły miesiące zanim zaczęłam powoli podnosić się z kolan. Pomogła mi sąsiadka – pani Halina z trzeciego piętra. Dała mi kontakt do fundacji pomagającej kobietom po rozwodach i upadłościach. Tam poznałam inne kobiety z podobnymi historiami.

Zaczęłam pracować jako księgowa w małym biurze rachunkowym na Ochocie. Szefowa była surowa, ale sprawiedliwa. Pozwoliła mi przychodzić do pracy wcześniej i wychodzić wcześniej – żebym mogła odebrać dzieci ze szkoły.

Długi spłacam do dziś – co miesiąc odkładam każdą złotówkę na raty komornicze. Nie mam już samochodu ani mieszkania na własność – wynajmuję kawalerkę na Bielanach i ściskam się z dziećmi na rozkładanej kanapie.

Ale nauczyłam się czegoś ważnego: nigdy więcej nie postawię wszystkiego na jedną kartę dla kogoś innego niż ja sama i moje dzieci.

Czasem spotykam Marka na ulicy – wygląda starzej, jakby życie go przygniotło bardziej niż mnie. Patrzy na mnie z wyrzutem albo udaje, że mnie nie widzi.

Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o tym wszystkim, co straciłam… ale też o tym, co zyskałam: siłę i niezależność.

Czy warto było tak ufać? Czy można jeszcze kiedyś naprawdę zaufać drugiemu człowiekowi? A może prawdziwa siła rodzi się dopiero wtedy, gdy wszystko inne się rozsypie?