Jak modlitwa i wiara pomogły mi przetrwać, gdy teściowa próbowała wyrzucić mnie z własnego domu

— Nie masz tu już czego szukać! — wrzasnęła teściowa, trzaskając drzwiami wejściowymi tak mocno, że aż zadrżały szyby w kuchni. Stałam w przedpokoju, ściskając w dłoniach kubek z zimną już herbatą, i czułam, jak serce wali mi w piersi. Mój mąż, Tomek, był wtedy w delegacji w Gdańsku, miał wrócić dopiero za tydzień. Zostawił mnie samą z jego matką, która od początku naszego małżeństwa nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn wybrał właśnie mnie.

— Pani Zofio, proszę się uspokoić. To jest mój dom, nie może mnie pani tak po prostu wyrzucić — próbowałam mówić spokojnie, choć głos mi drżał.

— Twój dom? — prychnęła. — To dom mojego syna! Ty tu tylko mieszkasz, bo on ci pozwala. Ale ja już nie zamierzam tego dłużej tolerować. Pakuj się i wynoś!

Wiedziałam, że nie mam dokąd pójść. Moja mama zmarła dwa lata temu, ojciec odszedł, gdy byłam dzieckiem. Przyjaciółki miały swoje rodziny, a ja nie chciałam nikogo obarczać swoimi problemami. Usiadłam na schodach, ukrywając twarz w dłoniach. Czułam się jak intruz we własnym domu, jak nieproszony gość, którego można wyrzucić na ulicę jednym rozkazem.

Teściowa chodziła po domu, szeleszcząc reklamówkami, jakby już pakowała moje rzeczy. Słyszałam, jak pod nosem mamrocze coś o niewdzięczności i o tym, że „za jej czasów” kobiety wiedziały, gdzie ich miejsce. Wtedy poczułam, jak narasta we mnie bezsilność, ale i bunt. Przecież nie zrobiłam nic złego. Kochałam Tomka, dbałam o dom, pracowałam, płaciłam rachunki. Dlaczego miałabym się poddać?

Zamknęłam się w naszej sypialni i uklękłam przy łóżku. Nigdy nie byłam szczególnie religijna, ale w tamtej chwili nie miałam już nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. Zaczęłam szeptać modlitwę, najpierw Ojcze Nasz, potem Zdrowaś Maryjo. Prosiłam Boga o siłę, o spokój, o to, żebym nie straciła godności. Łzy płynęły mi po policzkach, ale z każdą kolejną modlitwą czułam, jak wraca mi odwaga.

Wieczorem teściowa znów przyszła do mojego pokoju. — Zdecydowałaś się już? — zapytała chłodno.

Podniosłam głowę. — Nigdzie się nie wybieram. To jest mój dom tak samo jak Tomka. Jeśli chce pani rozmawiać, możemy usiąść i porozmawiać jak dorosłe kobiety. Ale nie pozwolę się pani zastraszyć.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. — Myślisz, że twój mąż stanie po twojej stronie? — zapytała z pogardą.

— Wierzę, że tak. Ale nawet jeśli nie, nie pozwolę się pani upokorzyć. Proszę mnie zostawić w spokoju.

Odeszła, trzaskając drzwiami. Przez kolejne dni unikałyśmy się nawzajem. Każdego ranka zaczynałam dzień od modlitwy, prosząc o cierpliwość i siłę. Czułam, jak wiara staje się moją tarczą, jak modlitwa koi moje nerwy i pozwala mi zachować spokój w najtrudniejszych chwilach. Zaczęłam też czytać fragmenty Biblii, szukając w nich pocieszenia. Najbardziej poruszyły mnie słowa: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Powtarzałam je sobie jak mantrę, gdy teściowa rzucała mi wrogie spojrzenia lub celowo zostawiała brudne naczynia w zlewie, żeby mi dopiec.

Pewnego wieczoru zadzwonił Tomek. — Co się dzieje, Aniu? Mama mówi, że chcesz się wyprowadzić?

Zacisnęłam powieki, czując, jak łzy znów napływają mi do oczu. — Tomek, nie chcę się wyprowadzać. To twoja mama próbuje mnie wyrzucić. Od kilku dni żyję tu jak intruz. Proszę, wróć jak najszybciej.

— Porozmawiam z nią — obiecał. — Trzymaj się, kochanie. Nie pozwolę, żeby cię skrzywdziła.

Po tej rozmowie poczułam ulgę, ale też strach. Co będzie, jeśli Tomek stanie po stronie matki? Co, jeśli zostanę sama? Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Modliłam się, żeby Bóg dał mi siłę zaakceptować każdą decyzję, nawet jeśli będzie bolesna.

Następnego dnia teściowa była jeszcze bardziej opryskliwa. — Myślisz, że twoje modlitwy coś zmienią? — zapytała z kpiną, widząc mnie z różańcem w ręku.

— Może nie zmienią pani, ale zmieniają mnie — odpowiedziałam cicho. — Dzięki nim nie boję się już pani.

Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby pierwszy raz zobaczyła we mnie człowieka, a nie tylko przeszkodę. Przez chwilę milczała, potem wyszła z pokoju, nie mówiąc ani słowa.

Kiedy Tomek wrócił, od razu poprosił nas obie do salonu. — Mamo, Ania jest moją żoną i ma takie samo prawo do tego domu jak ja. Proszę cię, żebyś ją szanowała. Jeśli nie potrafisz, będziesz musiała się wyprowadzić.

Teściowa zbladła. — Wyrzucasz własną matkę?

— Nie wyrzucam, ale nie pozwolę, żebyś krzywdziła moją żonę. To mój wybór.

Wtedy pierwszy raz zobaczyłam w oczach teściowej łzy. — Przepraszam — wyszeptała. — Nie umiałam się pogodzić z tym, że już nie jestem najważniejsza w życiu Tomka. Ale nie chcę was rozdzielać.

To nie był koniec naszych problemów, ale od tamtej pory zaczęłyśmy powoli budować nową relację. Modlitwa i wiara pomogły mi przetrwać najtrudniejsze chwile, dały mi siłę, by nie poddać się presji i nie stracić siebie. Dziś wiem, że czasem największa odwaga to nie walka z innymi, ale z własnym lękiem i bezsilnością.

Czy wy też mieliście kiedyś wrażenie, że zostaliście sami przeciwko całemu światu? Czy modlitwa lub wiara pomogły wam przetrwać coś, co wydawało się nie do przejścia?