Kiedy przywiozłam mamę do domu, mąż postawił mi ultimatum – jedna decyzja, która rozdarła moją rodzinę

– Nie możesz tego zrobić, Aniu! – głos Pawła odbijał się echem od ścian naszej kuchni, kiedy po raz pierwszy powiedziałam mu, że mama nie wróci już do swojego mieszkania. Stałam przy zlewie, ściskając w dłoni kubek z herbatą, który nagle wydał mi się zbyt ciężki. – Ona nie ma dokąd pójść, Paweł. Jest po udarze, ledwo chodzi, nie zostawię jej samej! – odpowiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

Wiedziałam, że to będzie trudne, ale nie sądziłam, że aż tak. Mama zawsze była moją opoką, a teraz to ona potrzebowała mnie. Lekarze powiedzieli jasno: rehabilitacja potrwa miesiące, może lata. Nie było mowy, żeby wróciła do swojego starego mieszkania na czwartym piętrze bez windy. Paweł patrzył na mnie z mieszaniną złości i bezradności. – A co z nami? Co z dziećmi? Przecież mamy dwójkę małych dzieci, Aniu! – wykrzyknął, a ja poczułam, jak serce mi się ściska.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta jak struna. Mama leżała w naszym pokoju gościnnym, a ja biegałam między nią, dziećmi a pracą zdalną. Paweł coraz częściej wychodził z domu, wracał późno, unikał rozmów. Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadł naprzeciwko mnie przy stole. – Aniu, musimy porozmawiać. Tak dalej być nie może. Albo znajdziesz mamie jakieś miejsce, albo… – zawahał się, ale wiedziałam, co chce powiedzieć. – Albo co? – zapytałam cicho. – Albo ja się wyprowadzę – powiedział w końcu, a jego głos był zimny jak lód.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, słysząc ciche pochrapywanie mamy z drugiego pokoju i oddechy dzieci. Jak miałam wybrać? Byłam rozdarta. Z jednej strony mama, która poświęciła dla mnie wszystko, wychowywała mnie sama po śmierci taty, pracowała na dwa etaty, żebym mogła studiować. Z drugiej strony Paweł, mój mąż, ojciec naszych dzieci, człowiek, z którym zbudowałam dom. Czy naprawdę musiałam wybierać?

Rano zadzwoniłam do mojej siostry, Magdy. – Nie możesz jej oddać do domu opieki, Anka! – usłyszałam w słuchawce. – Przecież to mama! – Wiem, Magda, ale Paweł… On nie daje rady. Ja też już nie daję rady. – To może weź ją do siebie na jakiś czas, potem ja ją zabiorę? – zaproponowała, ale wiedziałam, że to nierealne. Magda mieszkała w kawalerce z dwójką dzieci i mężem, który pracował za granicą. – Musimy coś wymyślić – powiedziałam tylko i rozłączyłam się, czując, że jestem coraz bardziej samotna w tym wszystkim.

Mama patrzyła na mnie smutnym wzrokiem, kiedy podawałam jej śniadanie. – Aniu, nie chcę być ciężarem. Jeśli Paweł nie chce mnie tutaj, znajdź mi jakieś miejsce. – Mamo, nie mów tak. Jesteś moją mamą, nie ciężarem – odpowiedziałam, ale w środku czułam, że jej słowa są jak nóż w serce.

Dni mijały, a sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Dzieci zaczęły pytać, dlaczego tata jest smutny, dlaczego mama płacze w łazience. Paweł coraz częściej spał na kanapie. W końcu przyszedł ten dzień, kiedy postawił mi ultimatum. – Albo twoja mama, albo ja. Nie dam rady tak żyć. Kocham cię, ale nie wytrzymam tego dłużej. – Paweł, proszę… – Ale on już wyszedł, trzaskając drzwiami.

Siedziałam na podłodze w kuchni, płacząc jak dziecko. Mama próbowała do mnie dojść, ale nie miała siły. – Aniu, ja naprawdę mogę pójść do domu opieki. Nie chcę, żebyś przez mnie straciła rodzinę. – Mamo, nie rozumiesz… Ty jesteś moją rodziną – szlochałam.

W końcu zdecydowałam się zadzwonić do ośrodka pomocy społecznej. Rozmawiałam z panią Grażyną, która próbowała mi pomóc, ale lista oczekujących była długa, a warunki w państwowych domach opieki – dalekie od ideału. – Może spróbujemy znaleźć dla pani mamy opiekunkę na kilka godzin dziennie? – zaproponowała. Zgodziłam się, choć wiedziałam, że to tylko półśrodek.

Paweł wrócił do domu po dwóch dniach. – Przepraszam, Aniu. Nie chciałem cię stawiać pod ścianą. Po prostu… czuję się niewidzialny. Ty tylko mama, mama, mama… A ja? – usiadł obok mnie i pierwszy raz od dawna złapał mnie za rękę. – Przepraszam, Paweł. Ja też nie daję rady. Ale nie mogę jej zostawić. – Wiem. Spróbujmy jeszcze trochę. Może ta opiekunka coś zmieni.

Przez kilka tygodni żyliśmy jak na bombie zegarowej. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Dzieci zaczęły się buntować, mama coraz częściej płakała, a ja czułam, że tracę grunt pod nogami. W końcu Paweł spakował walizkę. – Muszę odpocząć. Jadę do rodziców. Zadzwoń, jak coś się zmieni.

Zostałam sama. Sama z mamą, dziećmi, pracą, rachunkami i poczuciem winy. Magda przyjechała na weekend, żeby mi pomóc. – Anka, musisz pomyśleć o sobie. Nie możesz się rozdwoić. – Ale jak mam wybrać? – zapytałam, patrząc na nią przez łzy. – Nie wiem. Ale musisz podjąć decyzję, zanim wszystko się rozpadnie.

Długo myślałam. W końcu znalazłam prywatny dom opieki, w którym mama mogła mieć dobrą opiekę, a ja mogłam ją odwiedzać codziennie. To kosztowało fortunę, ale nie miałam wyjścia. Kiedy powiedziałam mamie o swojej decyzji, tylko skinęła głową. – Kocham cię, Aniu. Wiem, że robisz, co możesz.

Paweł wrócił po miesiącu. – Przepraszam. Może spróbujemy jeszcze raz? – zapytał niepewnie. – Może – odpowiedziałam, ale już wiedziałam, że nic nie będzie takie jak dawniej.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy można być jednocześnie dobrą córką i dobrą żoną? Czy każda decyzja musi oznaczać stratę? Może wy też kiedyś musieliście wybierać między tymi, których kochacie najbardziej?