„Mamo, posłuchaj mnie!” – czyli jak nauczyłam córkę szacunku do granic (i siebie też)

– Mamo! Mamo! Zobacz, co narysowałam! – głos Zosi rozdarł ciszę, kiedy właśnie próbowałam wyjaśnić przez telefon szefowej, dlaczego raport nie dotarł na czas. Zacisnęłam powieki, czując narastającą frustrację. – Zosiu, poczekaj chwilkę, rozmawiam przez telefon – syknęłam, próbując zachować spokój. Ale ona już ciągnęła mnie za rękaw, jej oczy błyszczały ekscytacją.

W tamtej chwili miałam ochotę krzyknąć. To był trzeci raz tego dnia, kiedy Zosia przerwała mi ważną rozmowę. Mój mąż, Tomek, siedział w drugim pokoju i udawał, że nie słyszy. Po skończonej rozmowie opadłam na krzesło i spojrzałam na córkę. Miała sześć lat i cały świat był dla niej fascynującą przygodą. Ale dla mnie – matki pracującej z domu – jej nieustanne przerywanie stawało się nie do zniesienia.

– Zosiu, musisz nauczyć się czekać. Nie możesz przerywać, kiedy rozmawiam przez telefon – powiedziałam zmęczonym głosem.
– Ale ja chciałam ci pokazać! – jej dolna warga zaczęła drżeć.
– Rozumiem, ale są chwile, kiedy musisz poczekać. To ważne.

Wiedziałam, że powinnam być cierpliwa. Przecież to tylko dziecko. Ale ile razy można tłumaczyć to samo? Wieczorem, kiedy Tomek wrócił z pracy, wybuchłam:
– Czy ty nie widzisz, co się dzieje? Zosia nie ma żadnych granic! Przerywa mi w pracy, kiedy rozmawiam z tobą…
– Przecież to dziecko – wzruszył ramionami. – Kiedyś z tego wyrośnie.
– A jeśli nie? Jeśli nikt jej nie nauczy szacunku do innych?

Poczułam się samotna w tej walce. W mojej rodzinie zawsze panował chaos – mama krzyczała z kuchni, tata oglądał telewizję, a ja próbowałam być słyszana. Przysięgłam sobie, że w moim domu będzie inaczej. Ale czy potrafię to zmienić?

Następnego dnia postanowiłam spróbować czegoś nowego. Usiadłam z Zosią przy stole i powiedziałam:
– Zosiu, chciałabym ci coś pokazać. To jest „magiczny kamień”. Kiedy go trzymasz, możesz mówić. Kiedy trzymam go ja – słuchasz. Spróbujemy?

Zosia spojrzała na mnie podejrzliwie, ale zgodziła się. Przez chwilę wszystko działało – dopóki nie zadzwonił telefon. Zosia natychmiast podbiegła:
– Mamo! Mamo!
– Pamiętasz o kamieniu? – zapytałam cicho.
Ale ona już płakała.

Wieczorem usiadłam na łóżku i poczułam łzy napływające do oczu. Czy jestem złą matką? Czy wymagam za dużo? Wtedy przyszła do mnie mama.
– Pamiętasz, jak próbowałaś mi coś powiedzieć, a ja nigdy nie miałam czasu? – zapytała cicho.
Pokiwałam głową.
– To boli. Ale czasem dzieci po prostu nie potrafią czekać. Musisz im pokazać, że ich słyszysz.

Następnego dnia spróbowałam inaczej. Kiedy Zosia przyszła do mnie podczas rozmowy telefonicznej, spojrzałam jej w oczy i położyłam rękę na jej ramieniu. Pokazałam palcem zegarek i wyszeptałam: „Za pięć minut”. Po rozmowie natychmiast do niej wróciłam.
– Teraz twoja kolej. Opowiedz mi wszystko.
Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem.

To był początek drogi. Były dni lepsze i gorsze. Czasem Zosia czekała cierpliwie, czasem wybuchała płaczem. Tomek nadal uważał, że przesadzam:
– Daj jej spokój. Dzieci są spontaniczne.
Ale ja wiedziałam swoje. Chciałam nauczyć ją szacunku do innych – i do siebie samej.

Najtrudniejsze były rozmowy z babcią:
– Za moich czasów dzieci siedziały cicho!
– Ale czy były szczęśliwe? – odpowiadałam.

Zaczęliśmy wprowadzać rodzinne zasady: „Kiedy ktoś mówi, słuchamy”. „Każdy ma prawo do swojego czasu”. Było trudno – szczególnie kiedy Tomek zapominał o zasadach i sam przerywał mi w pół zdania.

Pewnego dnia Zosia przyszła do mnie z rysunkiem i… zatrzymała się w drzwiach.
– Mamo, skończysz rozmawiać?
Zaniemówiłam ze wzruszenia.

Ale potem przyszły inne problemy: Zosia zaczęła bać się mówić głośno o swoich potrzebach. Bała się przerywać nawet wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowała.
– Mamo… boję się ci przeszkadzać…
Przytuliłam ją mocno.
– Kochanie, twoje potrzeby są ważne. Chodzi tylko o to, żebyśmy się nawzajem słuchali.

Zrozumiałam wtedy, jak cienka jest granica między uczeniem szacunku a tłumieniem spontaniczności dziecka. Ile razy ja sama bałam się odezwać w dzieciństwie? Ile razy czułam się niewidzialna?

Dziś wiem jedno: wychowanie to nie tylko stawianie granic dziecku, ale też sobie – umiejętność powiedzenia „teraz potrzebuję chwili dla siebie”, ale też „teraz jestem cała dla ciebie”.

Czasem patrzę na Zosię i zastanawiam się: czy uda mi się wychować ją tak, by była pewna siebie i jednocześnie szanowała innych? Czy można znaleźć złoty środek między własnymi potrzebami a potrzebami dziecka?

A wy? Jak radzicie sobie z uczeniem dzieci szacunku do granic? Czy też czasem czujecie się rozdarte między własnymi potrzebami a potrzebami rodziny?