Modlitwa wśród burz: Moja walka o małżeństwo i siebie

– Znowu nie zapłaciliśmy rachunku za prąd, Aniu – powiedział Michał, stojąc w drzwiach kuchni, z głową spuszczoną, jakby chciał się schować przed całym światem. W tej chwili poczułam, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. To był już trzeci miesiąc z rzędu, kiedy musiałam wybierać między opłaceniem czynszu a zakupem jedzenia dla naszej córki, Zosi.

Nie tak wyobrażałam sobie nasze życie. Kiedy wychodziłam za Michała, wierzyłam, że razem pokonamy wszystko. On był wtedy pełen energii, miał plany, marzenia. Ja pracowałam jako nauczycielka w podstawówce, on był inżynierem budowlanym. Ale potem przyszła fala zwolnień, kryzys w branży, a Michał z dnia na dzień został bez pracy. Na początku myśleliśmy, że to tylko chwilowe. „Zaraz coś znajdę, zobaczysz” – powtarzał mi codziennie. Wierzyłam mu. Ale tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w lata.

Cztery lata. Przez cztery lata to ja byłam jedyną osobą, która przynosiła do domu pieniądze. Michał próbował – wysyłał CV, chodził na rozmowy, ale zawsze wracał zrezygnowany. „Nie szukają nikogo w mojej specjalizacji”, „Za mało płacą, nawet nie starczy na benzynę”, „Nie chcą zatrudniać ludzi po czterdziestce”. Z czasem przestał nawet próbować. Siedział w domu, coraz bardziej zamknięty w sobie, coraz bardziej rozdrażniony. Zosia pytała: „Mamo, dlaczego tata nie chodzi do pracy?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć.

Wieczorami, kiedy Zosia już spała, a Michał siedział przed telewizorem, ja zamykałam się w łazience i płakałam. Czułam się samotna, zmęczona, oszukana przez życie. Czasem miałam ochotę po prostu wyjść i nie wracać. Ale wtedy przypominałam sobie słowa mojej babci: „Kiedy nie masz już siły, módl się. Bóg cię wysłucha”.

Zaczęłam się modlić. Najpierw nieśmiało, szeptem, jakby ktoś miał mnie usłyszeć i wyśmiać. „Boże, daj mi siłę, bo już nie wiem, co robić”. Potem coraz częściej, coraz dłużej. Modliłam się o pracę dla Michała, o zdrowie dla Zosi, o spokój dla siebie. Czasem miałam wrażenie, że Bóg mnie nie słyszy, że moje modlitwy odbijają się od sufitu i wracają do mnie jak echo. Ale nie przestawałam.

Pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole, Michał nagle wybuchł: – Myślisz, że nie widzę, jak na mnie patrzysz? Jakbyś miała mnie dość! – krzyknął, a Zosia przestraszona uciekła do swojego pokoju. – Przepraszam, nie chciałem… – dodał cicho, ale już było za późno. Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.

– Michał, ja po prostu nie mam już siły. Wszystko jest na mojej głowie. Praca, dom, rachunki, Zosia… – głos mi się załamał. – Potrzebuję cię. Potrzebuję, żebyś był moim partnerem, a nie kolejnym ciężarem.

On spuścił głowę. – Przepraszam, Aniu. Ja… ja nie wiem, co się ze mną dzieje. Czuję się bezużyteczny. Wstydzę się wyjść z domu, spotkać znajomych. Wszyscy mają pracę, tylko ja nie.

Wtedy po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie jestem sama w tym bólu. Michał też cierpiał, tylko nie umiał o tym mówić.

Następnego dnia poszłam do kościoła. Usiadłam w ławce i długo patrzyłam na krzyż. – Boże, jeśli mnie słyszysz, pomóż nam. Daj mi siłę, żebym nie znienawidziła własnego męża. Daj mu odwagę, żeby się nie poddał. Daj nam jeszcze jedną szansę – szeptałam.

Po powrocie do domu zobaczyłam Michała siedzącego przy stole z kartką papieru. – Aniu, napisałem list motywacyjny. Może spróbuję jeszcze raz. – Uśmiechnął się nieśmiało. Poczułam, jakby ktoś zapalił w moim sercu małą iskierkę nadziei.

Od tego dnia coś się zmieniło. Michał zaczął wychodzić z domu, szukać pracy, nawet jeśli nie była idealna. Zosia częściej się uśmiechała. Ja przestałam płakać w łazience. Modliłam się dalej, ale już nie o cud, tylko o siłę na każdy kolejny dzień.

Nie było łatwo. Były dni, kiedy chciałam się poddać. Kiedy Michał wracał z kolejnej nieudanej rozmowy, kiedy Zosia przynosiła ze szkoły uwagi, bo była rozkojarzona. Ale wtedy siadałam na łóżku, zamykałam oczy i mówiłam: – Boże, dziękuję, że jeszcze tu jesteśmy. Dziękuję, że mam rodzinę, nawet jeśli nie jest idealna.

Po czterech latach Michał w końcu dostał pracę. Nie była to praca marzeń, ale wystarczyło, żebyśmy mogli odetchnąć. Pamiętam dzień, kiedy przyniósł do domu pierwszą wypłatę. – To dla ciebie, Aniu. Za wszystko, co zrobiłaś – powiedział, wręczając mi kopertę. Wtedy po raz pierwszy od dawna poczułam się doceniona.

Czasem myślę, że te cztery lata były najtrudniejszym okresem w moim życiu. Ale nauczyły mnie pokory, cierpliwości i tego, że nawet w największym mroku można znaleźć światło. Modlitwa nie rozwiązała wszystkich moich problemów, ale dała mi siłę, żeby przez nie przejść.

Czy warto było walczyć o nasze małżeństwo? Czy modlitwa naprawdę pomaga, czy tylko daje złudną nadzieję? Nie wiem. Ale wiem jedno – bez wiary i nadziei nie przetrwałabym tych czterech lat. Może właśnie po to są trudne chwile – żebyśmy mogli odnaleźć siebie na nowo? Co wy o tym myślicie?