Samotny ojciec z Pragi: Jak życie zmusiło mnie do walki o własne dzieci

— Tato, a mama wróci na moje urodziny? — zapytała Zosia, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami. Stałem w kuchni, próbując nie przypalić naleśników, a jej pytanie rozcięło mnie jak nóż. Odpowiedź znałem, ale nie miałem odwagi jej wypowiedzieć.

— Zosiu, nie wiem… — zacząłem, ale głos mi zadrżał. — Ale ja tu będę. I upiekę ci najlepszy tort na świecie.

To był jeden z tych poranków, kiedy wszystko wydaje się za trudne. Kiedy czujesz, że nie dasz rady, ale musisz — bo nie masz wyboru. Mam na imię Marek, mam 38 lat i mieszkam na warszawskiej Pradze. Trzy miesiące temu moja żona, Anka, spakowała walizkę i wyszła. Zostawiła mnie z trójką dzieci: Zosią (8 lat), Michałem (6 lat) i małym Antosiem (3 lata). Nie zostawiła nawet kartki.

Początkowo myślałem, że to żart. Że zaraz wróci, że się pokłóciliśmy i musi ochłonąć. Ale minął dzień, potem tydzień. Telefon milczał. Dzieci pytały coraz częściej. Sąsiedzi patrzyli ze współczuciem. W pracy szefowa zaczęła się krzywić na moje spóźnienia i urlopy na żądanie.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci już spały, a ja siedziałem w kuchni przy zimnej herbacie i patrzyłem na puste krzesło po Ance. Próbowałem zrozumieć — gdzie popełniłem błąd? Czy byłem złym mężem? Czy za dużo pracowałem? Czy za mało mówiłem jej, że ją kocham?

Pewnego dnia zadzwoniła teściowa.

— Marek, Anka jest u mnie. Nie chce rozmawiać. Mówi, że musi odpocząć od wszystkiego. — Jej głos był zimny jak lód.

— A dzieci? — zapytałem cicho.

— Dzieci mają ojca — odpowiedziała i rozłączyła się.

Od tamtej pory nie dzwoniłem już do Anki. Skupiłem się na dzieciach. Każdy dzień to była walka: przedszkole, szkoła, praca, zakupy, obiady, pranie, sprzątanie. Michał zaczął się jąkać. Zosia przestała rysować swoje kolorowe obrazki. Antoś budził się w nocy z płaczem i wołał mamę.

Pewnego wieczoru usiadłem z nimi na dywanie.

— Słuchajcie, wiem, że jest ciężko. Ale jesteśmy razem i damy radę. Obiecuję wam to.

Nie wiem, czy uwierzyli. Ja sam nie byłem pewien.

W pracy coraz częściej słyszałem szepty za plecami:

— Biedny Marek… Żona go zostawiła… Jak on sobie radzi?

Szefowa wezwała mnie na rozmowę.

— Marek, musisz się ogarnąć. Rozumiem sytuację, ale firma nie może na tym cierpieć.

— Proszę pani, robię co mogę… — zacząłem tłumaczyć.

— Albo bierzesz urlop wychowawczy, albo musimy się pożegnać — przerwała mi bezlitośnie.

Wróciłem do domu z duszą na ramieniu. Wieczorem zadzwonił mój ojciec.

— Synu, przyjedźcie do nas na wieś na weekend. Dzieciom dobrze zrobi zmiana otoczenia.

Pojechaliśmy. Dzieci biegały po podwórku, babcia piekła szarlotkę, a ja pierwszy raz od miesięcy poczułem spokój. Ojciec usiadł obok mnie na ławce.

— Marek, życie to nie bajka. Ale dzieci cię potrzebują bardziej niż kiedykolwiek. Nie możesz się poddać.

Wróciliśmy do Warszawy silniejsi o te kilka dni oddechu. Zacząłem szukać pomocy: psycholog dla dzieci, grupa wsparcia dla samotnych rodziców na Facebooku. Poznałem tam innych ojców w podobnej sytuacji — Piotrka z Ursynowa i Tomka z Woli. Spotykaliśmy się raz w tygodniu w parku z dziećmi. Rozmawialiśmy o wszystkim: o alimentach (których Anka nie płaci), o nocnych koszmarach dzieci, o tym, jak pogodzić pracę z rodzicielstwem.

Najtrudniejsze były święta. Wigilia bez Anki była jak niedokończona piosenka. Zosia płakała przy stole:

— Tato, czemu mama nas nie kocha?

Nie umiałem odpowiedzieć.

W końcu przyszedł Dzień Ojca. Dzieci zrobiły mi laurki i upiekły ze mną ciasto (pół kuchni było w mące). Michał przytulił się do mnie mocno:

— Tato, jesteś najlepszy na świecie!

Poczułem wtedy coś dziwnego — dumę i ulgę jednocześnie. Może nie jestem idealny. Może czasem krzyczę albo płaczę w łazience po cichu. Ale jestem tu dla nich.

Kilka dni temu dostałem list od Anki:

„Marek,
Nie wiem jeszcze co dalej z moim życiem. Przepraszam za wszystko. Wiem, że dzieci są przy tobie bezpieczne i szczęśliwe. Może kiedyś będziemy mogli porozmawiać jak dorośli.
Anka”

Nie wiem, czy wróci. Nie wiem nawet, czy tego chcę. Ale wiem jedno: dzieci zasługują na wszystko co najlepsze. I dopóki będę miał siłę — będę dla nich ojcem i matką jednocześnie.

Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: Czy naprawdę dam radę być dla nich wszystkim? Czy miłość ojca wystarczy tam, gdzie zabrakło matki? Co wy o tym myślicie?