„Moja dorosła córka nie daje mi prywatności – czy mam prawo do własnego szczęścia?”

– Mamo, znowu wychodzisz? – Lena stała w progu kuchni, opierając się o framugę drzwi. Jej wzrok był przeszywający, jakby próbowała prześwietlić mnie na wylot.

Zamarłam z kubkiem kawy w dłoni. Zawsze wiedziała, kiedy coś ukrywam. Może to matczyna intuicja działa w obie strony? Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć prawdę: „Tak, Lena, idę na randkę. Tak, znowu. I tak, czuję się przez to winna.” Ale zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami.

– Muszę załatwić kilka spraw – odpowiedziałam cicho, unikając jej spojrzenia.

Lena przewróciła oczami i westchnęła teatralnie. Miała dwadzieścia sześć lat, a ja czułam się przy niej jak nastolatka przyłapana na paleniu papierosów za szkołą. Kiedyś to ja byłam tą, która czekała na nią z kolacją i martwiła się, czy wróci cała do domu. Teraz role się odwróciły.

Od rozwodu minęło już dwanaście lat. Przez ten czas byłam sama – nie dlatego, że nie miałam okazji, ale dlatego, że zawsze stawiałam Lenę na pierwszym miejscu. Po rozstaniu z jej ojcem obiecałam sobie, że nie wprowadzę do naszego życia nikogo, kto mógłby ją zranić. Ale Lena dorosła, wyprowadziła się na studia do Warszawy, a ja… zostałam sama w naszym mieszkaniu w Poznaniu.

Przez lata próbowałam randkować. Były kolacje z kolegami z pracy, niezręczne spotkania z mężczyznami poznanymi przez znajomych. Zawsze jednak kończyło się tak samo: wracałam do domu i czułam pustkę. Aż do momentu, gdy poznałam Marka.

Marek był inny. Poznaliśmy się przypadkiem na wystawie fotografii w Starym Browarze. Rozmawialiśmy o sztuce, o podróżach i o tym, jak trudno jest zacząć wszystko od nowa po pięćdziesiątce. Był czuły, uważny i… wolny. Po raz pierwszy od lat poczułam motyle w brzuchu.

Ale Lena nie potrafiła tego zaakceptować. Kiedy powiedziałam jej o Marku, wybuchła płaczem.

– Mamo, przecież ty nie potrzebujesz nikogo! – krzyczała przez telefon. – Po co ci to? Przecież masz mnie!

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież ona miała już swoje życie – mieszkanie z chłopakiem na Mokotowie, pracę w agencji reklamowej, własne plany i marzenia. Dlaczego nie mogłam mieć swojego szczęścia?

Od tamtej rozmowy zaczęłam ukrywać się przed własną córką. Umawiałam się z Markiem po pracy, wracałam późno do domu i tłumaczyłam się nadgodzinami albo spotkaniami z koleżankami. Czułam się jak nastolatka wymykająca się przez okno na randkę.

Pewnego wieczoru Lena niespodziewanie wróciła do Poznania.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę – powiedziała z wyrzutem, kiedy zobaczyła mnie wychodzącą z mieszkania w sukience i szpilkach.

– Lena…

– Znowu idziesz do niego? – Jej głos był pełen żalu i rozczarowania.

Nie wytrzymałam.

– Tak! Idę do Marka! I mam do tego prawo! – krzyknęłam po raz pierwszy od lat podnosząc głos na własne dziecko.

W jej oczach pojawiły się łzy.

– Myślałam, że jestem dla ciebie najważniejsza…

Poczułam się podle. Przez chwilę chciałam ją przytulić i przeprosić za wszystko. Ale wiedziałam, że jeśli teraz ustąpię, już nigdy nie będę miała odwagi zawalczyć o siebie.

Wieczorem Marek zaprosił mnie do siebie. Siedzieliśmy na balkonie, patrząc na światła miasta.

– Czuję się winna – powiedziałam cicho. – Jakbym zdradzała własną córkę.

Marek ujął moją dłoń.

– Masz prawo być szczęśliwa. Twoja córka musi to zrozumieć.

Ale czy naprawdę muszę wybierać między miłością a dzieckiem? Czy matka zawsze musi rezygnować z siebie?

Następnego dnia Lena spakowała swoje rzeczy i wyjechała bez słowa pożegnania. Przez kilka tygodni nie odbierała ode mnie telefonów. Każdego dnia patrzyłam na jej zdjęcie stojące na komodzie i zastanawiałam się, czy zrobiłam dobrze.

W końcu napisała SMS-a: „Potrzebuję czasu.”

Czekałam cierpliwie. W tym czasie uczyłam się żyć dla siebie – chodziłam z Markiem do kina, jeździliśmy na rowerach nad Wartą, gotowaliśmy razem kolacje. Było mi dobrze… ale brakowało mi Leny.

Po dwóch miesiącach zadzwoniła.

– Mamo… Przepraszam. Chyba muszę dorosnąć do twojego szczęścia.

Popłakałyśmy się obie przez telefon.

Dziś wiem jedno: nigdy nie jest za późno na miłość ani na odwagę, by zawalczyć o siebie. Ale czy naprawdę można być szczęśliwą matką i szczęśliwą kobietą jednocześnie? Czy nasze dzieci kiedykolwiek zaakceptują to, że mamy prawo do własnego życia?

A wy… co o tym myślicie? Czy matka powinna zawsze stawiać szczęście dziecka ponad swoje?