„Wiedziałam o twoich zdradach od dziesięciu lat, ale grałam szczęśliwą żonę. Teraz odchodzę po 25 latach małżeństwa” – Historia Anny Kowalskiej
– Anna, gdzie są moje klucze? – głos Marka odbił się echem po naszym pustym salonie. Stałam przy oknie, patrząc na szare niebo nad Warszawą, i przez chwilę miałam ochotę odpowiedzieć: „Może zostawiłeś je u tej swojej Kasi?” Ale tylko zacisnęłam usta i wskazałam na komodę.
Od dziesięciu lat wiedziałam. Wiedziałam o jego zdradach, o tych cichych telefonach, o perfumach na jego koszulach, które nie były moje. Przez dziesięć lat grałam rolę szczęśliwej żony, matki, filaru tej rodziny. Dla dzieci, dla pozorów, dla świętego spokoju. Ale dziś, w dniu naszych dwudziestych piątych rocznic ślubu, nie mogłam już dłużej udawać.
Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam wiadomość od niej. Była podpisana „Kasia”, a treść była jednoznaczna: „Dziękuję za wczoraj, byłeś cudowny”. Poczułam wtedy, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez kilka dni nie mogłam spać, nie mogłam jeść. Ale potem przyszła codzienność – dzieci, praca, rachunki. Marek wracał do domu, całował mnie w policzek, a ja udawałam, że nic się nie stało.
– Mamo, czemu płaczesz? – zapytała kiedyś Ola, nasza młodsza córka. Szybko otarłam łzy i powiedziałam, że to przez cebulę. Miała wtedy dziesięć lat. Dziś ma dwadzieścia i studiuje w Krakowie. Syn, Michał, jest już dorosły, mieszka z dziewczyną. Zostaliśmy z Markiem sami w tym dużym mieszkaniu, pełnym wspomnień i niedopowiedzeń.
Przez lata próbowałam zrozumieć, dlaczego to robił. Czy byłam za mało atrakcyjna? Czy za dużo pracowałam? Czy nie byłam wystarczająco dobrą żoną? Ale z czasem zrozumiałam, że to nie była moja wina. To on nie potrafił być wierny, to on szukał czegoś, czego nie potrafił znaleźć w domu. Ja dawałam z siebie wszystko, a on oddawał się innym kobietom.
Najgorsze były święta. Udawaliśmy szczęśliwą rodzinę, śmialiśmy się przy stole, a ja czułam, jakby ktoś wbijał mi nóż w serce. Czasem patrzyłam na Marka i zastanawiałam się, czy choć przez chwilę czuje wyrzuty sumienia. Ale on był mistrzem w udawaniu. Potrafił patrzeć mi prosto w oczy i mówić, że mnie kocha. A ja chciałam w to wierzyć, bo bałam się samotności.
Dziś już się nie boję. Dziś wiem, że zasługuję na coś więcej. Wstałam rano, ubrałam się w swoją ulubioną sukienkę, tę, którą kupiłam na naszą ostatnią rocznicę. Usiadłam przy stole i napisałam list. „Marek, odchodzę. Wiedziałam o wszystkim od lat. Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale już nie mogę. Chcę być szczęśliwa. Anna.”
Kiedy wrócił z pracy, siedziałam w kuchni. Spojrzał na mnie zaskoczony, widząc walizkę przy drzwiach.
– Co się dzieje? – zapytał, próbując się uśmiechnąć.
– Odchodzę, Marek. Wiedziałam o twoich zdradach. Przez dziesięć lat udawałam, że nic się nie dzieje. Ale już nie chcę. Nie potrafię.
Zbladł. Przez chwilę myślałam, że się rozpłacze. Ale tylko usiadł na krześle i schował twarz w dłoniach.
– Anna, proszę… To nie tak…
– Nie mów mi, że to nie tak. Wiem wszystko. Wiem o Kasi, o Magdzie, o tych wszystkich wyjazdach służbowych, które kończyły się w hotelach. Przez lata udawałam, że jestem szczęśliwa. Ale już nie chcę żyć w kłamstwie.
– Zrobisz to dzieciom? – zapytał cicho.
– Dzieci są dorosłe. Wiedzą więcej, niż myślisz. Ola kiedyś zapytała, czemu płaczę. Michał widział, jak wracasz późno i nie patrzysz mi w oczy. To nie ja niszczę tę rodzinę, Marek. To ty ją zniszczyłeś.
Wstałam, wzięłam walizkę i wyszłam. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę, panią Zofię. Spojrzała na mnie z troską.
– Wszystko w porządku, Aniu?
– Tak, pani Zosiu. W końcu tak.
Wyszłam na ulicę i poczułam, jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężki plecak. Przez chwilę stałam, oddychając głęboko. Czułam strach, ale i ulgę. Wiedziałam, że czeka mnie trudny czas – rozwód, podział majątku, rozmowy z dziećmi. Ale po raz pierwszy od lat czułam się wolna.
Wieczorem zadzwoniła Ola.
– Mamo, czy to prawda?
– Tak, kochanie. Musiałam to zrobić. Dla siebie. Dla was.
– Jestem z ciebie dumna, mamo – powiedziała cicho. – Zasługujesz na szczęście.
Położyłam się w wynajętym pokoju i długo patrzyłam w sufit. Przypomniałam sobie wszystkie lata, kiedy tłumiłam w sobie ból, kiedy udawałam, że wszystko jest w porządku. Ile kobiet w Polsce żyje tak jak ja? Ile z nas boi się odejść, bo nie wierzy, że zasługuje na coś więcej?
Może czas przestać się bać. Może czas zacząć żyć dla siebie. Czy naprawdę szczęście jest czymś, na co trzeba sobie zasłużyć? A może po prostu każda z nas ma do niego prawo?