Nieodwracalna decyzja: Zostawiłam syna w szpitalu

– Nie możesz tego zrobić, Aniu! – głos mojej matki drżał od gniewu i rozpaczy. Stała w progu mojego mieszkania, ściskając w dłoniach dziecięcy kocyk, który przyniosła mi jeszcze przed porodem. – To twoje dziecko! Twój syn!

Patrzyłam na nią przez łzy, czując, jak moje serce rozdziera się na pół. W głowie miałam tylko jedno pytanie: czy jestem potworem? Czy naprawdę jestem zdolna do tego, by zostawić własne dziecko w szpitalu?

Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Poród był trudny, a ja – choć wszyscy wokół powtarzali, że będę świetną matką – czułam się coraz bardziej obca we własnym ciele. Michał, mój partner, nie wytrzymał presji. Wyszedł pewnego wieczoru i już nie wrócił. Zostawił mnie samą z noworodkiem, z moimi lękami i niekończącym się płaczem małego Antosia.

– Aniu, musisz być silna – powtarzała mi mama przez telefon. Ale ja nie byłam silna. Każdego dnia budziłam się z poczuciem winy i strachu. Bałam się dotknąć synka, bałam się, że zrobię mu krzywdę. Czułam się jak intruz w jego życiu.

Pewnej nocy, kiedy Antoś płakał już trzecią godzinę bez przerwy, usiadłam na podłodze w kuchni i zaczęłam krzyczeć. Krzyczałam tak głośno, że sąsiadka z dołu zadzwoniła na policję. Przyjechali, zapytali, czy wszystko w porządku. Skłamałam. Powiedziałam, że to tylko zmęczenie.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciocia Basia.

– Aniu, słyszałam, że masz trudności. Może powinnaś poprosić o pomoc? – jej głos był łagodny, ale wyczuwałam w nim nutę osądu.

– Nie rozumiesz – odpowiedziałam cicho. – Ja… ja nie wiem, czy chcę być matką.

Cisza po drugiej stronie słuchawki była gorsza niż jakiekolwiek słowa.

W szpitalu pielęgniarki patrzyły na mnie z troską i współczuciem. Jedna z nich, pani Kasia, usiadła przy mnie na łóżku.

– To nie twoja wina – powiedziała cicho. – Czasem życie rzuca nam więcej, niż jesteśmy w stanie unieść.

Ale ja nie potrafiłam sobie wybaczyć. Każda minuta spędzona przy łóżeczku Antosia była dla mnie torturą. Czułam się jak oszustka. Widziałam inne matki – szczęśliwe, zakochane w swoich dzieciach od pierwszego wejrzenia. Ja czułam tylko pustkę.

Kiedy powiedziałam mamie o swojej decyzji, wybuchła płaczem.

– Jak możesz? Przecież tyle lat marzyłaś o dziecku!

– To nie tak… Ja po prostu… Nie umiem go kochać – wyszeptałam.

Ojciec nie odezwał się do mnie przez tydzień. Brat przysłał mi SMS-a: „Nie rozumiem cię. Zawiodłaś nas wszystkich.”

W dniu, kiedy miałam podpisać dokumenty o pozostawieniu Antosia w szpitalu, czułam się jakby ktoś wyrywał mi serce z piersi. Pani Kasia trzymała mnie za rękę.

– Możesz jeszcze zmienić zdanie – powiedziała.

Ale ja już podjęłam decyzję.

Wyszłam ze szpitala i świat wydawał mi się obcy. Ludzie mijali mnie na ulicy, śmiali się, rozmawiali przez telefony. Ja czułam się przezroczysta. Przez kolejne dni nie wychodziłam z domu. Mama przestała dzwonić. Brat napisał tylko raz: „Nie licz na naszą pomoc.”

Zaczęły się plotki. Sąsiadki szeptały za moimi plecami:

– Widzisz ją? To ta, co zostawiła dziecko w szpitalu.

Czułam się jak wyrzutek. Każde spojrzenie bolało bardziej niż poprzednie. Próbowałam znaleźć wsparcie w internecie, ale tam też spotkałam się z falą hejtu.

– Egoistka! – pisała jedna z kobiet na forum dla matek.
– Jak można tak po prostu oddać własne dziecko?

Nie spałam nocami. W głowie słyszałam płacz Antosia. Zastanawiałam się, czy kiedyś mi wybaczy. Czy będzie szczęśliwy? Czy znajdzie rodzinę, która go pokocha?

Po kilku tygodniach odezwała się do mnie psycholog ze szpitala.

– Aniu, chciałabym ci pomóc – powiedziała spokojnie. – To nie jest koniec świata. Możesz jeszcze zawalczyć o siebie.

Zaczęłam chodzić na terapię. Każda sesja była jak rozdrapywanie świeżej rany. Opowiadałam o swoim dzieciństwie – o ojcu alkoholiku, o matce wiecznie niezadowolonej z moich wyborów. O tym, jak zawsze musiałam być „grzeczną dziewczynką”, która nigdy nie sprawia problemów.

Zrozumiałam wtedy, że nigdy nie nauczyłam się kochać samej siebie. Jak więc mogłam pokochać własne dziecko?

Pewnego dnia dostałam list od mamy:

„Aniu,
Nie rozumiem twojej decyzji i pewnie nigdy jej nie zaakceptuję. Ale jesteś moją córką i zawsze będziesz miała miejsce w moim sercu. Jeśli kiedyś będziesz gotowa porozmawiać – czekam.”

Płakałam długo po przeczytaniu tych słów.

Minęły miesiące. Powoli zaczęłam wracać do życia. Znalazłam pracę w bibliotece miejskiej. Poznałam ludzi, którzy nie oceniali mnie przez pryzmat mojej przeszłości. Zaczęłam pisać pamiętnik – każda strona była krokiem ku przebaczeniu samej sobie.

Czasem śni mi się Antoś – widzę go uśmiechniętego, bawiącego się z innymi dziećmi na placu zabaw. Budzę się wtedy z poczuciem straty i żalu, ale też z nadzieją, że gdzieś tam jest ktoś, kto go kocha tak mocno, jak ja nigdy nie potrafiłam.

Czy żałuję swojej decyzji? Każdego dnia. Ale wiem też, że wtedy nie miałam innego wyjścia.

Czy można wybaczyć sobie coś takiego? Czy społeczeństwo kiedykolwiek przestanie oceniać kobiety za ich najtrudniejsze wybory?

A może prawdziwa siła polega na tym, by przyznać się do własnych słabości i spróbować żyć dalej mimo wszystko?