„Zostałam sama, kiedy moje dziecko zachorowało. Rodzina odwróciła się ode mnie, bo nie miałam dyplomu”

– Znowu dzwoniła twoja mama – powiedział Paweł, rzucając telefon na stół. – Pytała, czy już znalazłaś jakąś pracę.

Zacisnęłam dłonie na kubku z zimną już herbatą. W kuchni pachniało mlekiem i lekko przypalonym chlebem. Wojtek spał w swoim łóżeczku, a ja czułam, jak narasta we mnie lęk. Praca? Jak mam pracować, skoro od czterech miesięcy żyję w szpitalach i przychodniach? Jak mam zostawić chore dziecko?

Jeszcze rok temu byłam szczęśliwa. Miałam wszystko: kochającego męża, rodziców, którzy zawsze byli blisko, brata, z którym mogłam rozmawiać o wszystkim. Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wszyscy cieszyli się razem ze mną. Mama kupowała ubranka, tata przynosił zabawki z targu, a Paweł codziennie głaskał mój brzuch i mówił do synka. Nawet Marek, mój brat, który zawsze był sceptyczny wobec dzieci, przynosił mi czekoladki i pytał, jak się czuję.

Wojtek urodził się zdrowy i silny. Po kilku dniach wypisali nas ze szpitala. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Wszystko było cudowne – do czasu.

Cztery miesiące później Wojtek zaczął gorączkować. Najpierw myślałam, że to zwykłe przeziębienie. Ale potem pojawiły się drgawki. Zawieźliśmy go na SOR. Diagnoza: rzadka choroba neurologiczna. Lekarze mówili o rehabilitacji, lekach, możliwych powikłaniach. Świat mi się zawalił.

Paweł próbował być silny, ale widziałam w jego oczach strach. Moja mama…

– Trzeba było studiować, a nie rodzić dzieci – powiedziała pewnego dnia, kiedy wróciłam ze szpitala po kolejnej nieprzespanej nocy. – Wtedy byś normalnie zarabiała i nie musiała liczyć na innych.

Zatkało mnie. Przecież to ona cieszyła się najbardziej na wieść o wnuku! Teraz patrzyła na mnie chłodno, jakby cała ta sytuacja była moją winą.

– Mamo…
– Nie mów mi „mamo”. Ja cię ostrzegałam. Marek skończył studia, ma dobrą pracę, mieszkanie. A ty? Zobacz, do czego doprowadziły twoje wybory.

Nie miałam siły się kłócić. Paweł coraz częściej wychodził z domu pod pretekstem pracy. Brat przestał odbierać telefony.

Zostałam sama z chorym dzieckiem i wyrzutami sumienia.

Każdy dzień wyglądał tak samo: rehabilitacja, leki, wizyty u lekarzy. Czasem nie miałam siły nawet się umyć. Pieniądze topniały w oczach – zasiłek macierzyński ledwo starczał na leki i pieluchy.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów – Anka.
– Słuchaj, może mogłabyś wrócić na uczelnię? Zawsze dobrze ci szło…
– Anka… Ja nie mam kiedy spać, a co dopiero studiować…
– Wiem, ale… Może to by ci pomogło? Wiesz, oderwać się trochę?

Oderwać się? Od czego? Od własnego dziecka?

Wieczorem Paweł wrócił późno.
– Byłem u twojej mamy – powiedział bez emocji.
– I?
– Ona uważa, że powinnaś znaleźć pracę. Albo chociaż skończyć szkołę policealną.

Poczułam się jak śmieć. Czy naprawdę jestem aż tak bezwartościowa? Czy tylko dlatego, że nie mam dyplomu?

Wojtek płakał całą noc. Przytulałam go i płakałam razem z nim.

Następnego dnia zadzwoniła mama:
– Wiesz co? Marek powiedział, że może by ci pomógł finansowo… Ale pod warunkiem, że zapiszesz się na kursy i zaczniesz coś robić ze swoim życiem.

Co to znaczy „coś robić ze swoim życiem”? Czy opieka nad chorym dzieckiem to nie jest „coś”?

Zaczęłam unikać rodziny. Przestałam odbierać telefony. Paweł coraz częściej nocował u kolegi – przynajmniej tak mówił.

Któregoś dnia usiadłam na podłodze w kuchni i zaczęłam krzyczeć. Krzyczałam do ścian, do Boga, do siebie samej:
– Dlaczego ja? Dlaczego nikt nie widzi mojego bólu? Dlaczego liczy się tylko papier?

Wojtek patrzył na mnie wielkimi oczami i wyciągał rączki.

Wtedy zrozumiałam: zostałam sama. Zupełnie sama.

Minęły miesiące. Wojtek miał lepsze i gorsze dni. Ja nauczyłam się żyć w samotności. Czasem ktoś napisał SMS-a: „Jak Wojtek?” albo „Może potrzebujesz pieniędzy?”. Ale nikt nie zapytał: „Jak ty się czujesz?”

Paweł w końcu wyprowadził się do matki.
– Nie daję rady – powiedział krótko. – Może gdybyś była bardziej zaradna…

Zostałam sama w pustym mieszkaniu z chorym dzieckiem i poczuciem winy.

Czasem myślę: może rzeczywiście powinnam była skończyć studia? Może wtedy miałabym lepszą pracę, więcej pieniędzy… Ale czy to zmieniłoby coś w chorobie Wojtka? Czy wtedy rodzina byłaby bliżej?

Dziś wiem jedno: miłość do dziecka jest ważniejsza niż dyplom czy praca. Ale czy ktoś jeszcze to rozumie?

Czy naprawdę wykształcenie jest ważniejsze niż wsparcie i obecność? Czy można być dobrym człowiekiem bez papierka? Co wy o tym myślicie?