Firma rodzinna, zdrada i walka o dom: Moja historia o sile matki

— Anna, nie przesadzaj, to tylko koleżanka z pracy! — głos Michała odbijał się echem w pustym salonie. Stałam przy oknie, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Za szybą Warszawa tonęła w listopadowym deszczu, a ja czułam, jakby cały świat walił mi się na głowę.

— Michał, nie kłam. Widziałam was razem. Wiem o wszystkim — mój głos drżał, ale nie zamierzałam się poddać. Przez chwilę milczał, potem tylko wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą z tysiącem myśli.

Jeszcze rok temu byłam pewna, że mam wszystko: stabilną pracę w rodzinnej firmie, dom na obrzeżach miasta i cudownego syna, Jasia. Michał był moim partnerem od studiów, razem budowaliśmy nasze życie cegiełka po cegiełce. Firma mojego ojca, którą przejęliśmy po jego śmierci, była naszym wspólnym dzieckiem. Pracowaliśmy ciężko, żeby przetrwać na rynku — ja zajmowałam się księgowością, Michał prowadził sprzedaż. Byliśmy zespołem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Wszystko zaczęło się sypać kilka miesięcy temu. Michał coraz częściej zostawał w pracy po godzinach, wracał późno, unikał rozmów. Kiedyś znalazłam w jego telefonie wiadomości od Magdy — nowej pracownicy działu handlowego. „Dziękuję za wczoraj… Było cudownie”. Poczułam się jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.

Próbowałam rozmawiać z Michałem, ale on tylko zaprzeczał, wyśmiewał moje podejrzenia. Zaczęły się kłótnie — coraz głośniejsze, coraz bardziej bolesne. Jaś miał wtedy dziewięć lat. Pewnego wieczoru wszedł do kuchni podczas naszej awantury i zapytał cicho:

— Mamo, czy wy się rozwiedziecie?

Serce mi pękło. Uklękłam przy nim i przytuliłam go mocno.

— Nie wiem, kochanie… Ale zawsze będę przy tobie.

Wtedy postanowiłam walczyć. Nie tylko o siebie — przede wszystkim o Jasia i nasz dom. Wiedziałam, że jeśli odpuszczę, Michał zabierze wszystko: firmę, mieszkanie, stabilizację. Zaczął mnie szantażować — groził, że jeśli nie podpiszę zgody na sprzedaż domu i podział majątku po równo, powie wszystkim w firmie o moich „rzekomych błędach” w księgowości.

Byłam przerażona. Firma była moim życiem — pracowałam tam od liceum, znałam każdego pracownika po imieniu. Wiedziałam jednak, że nie mogę pozwolić się zastraszyć. Zwróciłam się do prawnika — pani Ewa była twarda jak skała i od razu powiedziała:

— Pani Anno, niech pani nie ustępuje. Ma pani prawa do połowy firmy i domu. Niech pani zbiera dowody na zdradę męża.

Zaczęła się wojna nerwów. Michał próbował przeciągnąć pracowników na swoją stronę — opowiadał plotki o mojej rzekomej niekompetencji, sugerował, że przez moje decyzje firma traci pieniądze. Czułam się osaczona nawet we własnym biurze.

Pewnego dnia Magda przyszła do mnie z płaczem.

— Pani Aniu… Ja nie chciałam… On obiecywał mi awans… Ja naprawdę nic do niego nie czuję…

Patrzyłam na nią z mieszanką gniewu i współczucia. Była młoda, zagubiona — tak jak ja kiedyś.

— Magdo, to nie twoja wina. Ale musisz zdecydować, po której stronie stoisz.

Została ze mną. Pomogła mi zebrać dowody na to, że Michał wykorzystywał firmowe pieniądze do finansowania swoich spotkań z nią i innymi kobietami. To był przełom.

W sądzie walczyliśmy jak lwy. Michał próbował wszystkiego — oczerniał mnie przed rodziną i znajomymi, sugerował nawet, że jestem złą matką. Moja teściowa dzwoniła do mnie codziennie:

— Aniu, pomyśl o Jasiu! Dziecko potrzebuje ojca!

— A matki już nie? — odpowiadałam przez łzy.

Najgorsze były wieczory. Siadałam przy łóżku Jasia i słuchałam jego pytań:

— Mamo, dlaczego tata już z nami nie mieszka?

— Bo czasem dorośli popełniają błędy… Ale ty nigdy nie jesteś winny.

Po kilku miesiącach sąd przyznał mi opiekę nad synem i połowę udziałów w firmie oraz prawo do mieszkania. Michał musiał odejść — zarówno z domu, jak i z firmy. Przez chwilę czułam ulgę… ale potem przyszła pustka.

Firma ledwo wiązała koniec z końcem po tym wszystkim. Pracownicy byli podzieleni — część trzymała stronę Michała, część moją. Każdego dnia musiałam udowadniać swoją wartość — jako szefowa i jako matka.

Pewnego wieczoru Jaś przyszedł do mnie z rysunkiem: narysował nas dwoje trzymających się za ręce pod wielkim napisem „DOM”.

— Mamo, teraz już wszystko będzie dobrze?

Przytuliłam go mocno i poczułam łzy napływające do oczu.

— Tak, kochanie… Teraz już wszystko zależy od nas.

Czasem patrzę w lustro i zastanawiam się: czy zrobiłam dobrze? Czy mogłam uratować nasze małżeństwo? A może najważniejsze było to, żeby pokazać synowi siłę i odwagę? Czy wy też kiedyś musieliście walczyć o swój dom? Jak poradziliście sobie z taką zdradą?